Wiek Legend

Teh Plotte Thyckenz
Kochany, dałeś się wychujać.

Kronikę dzisiejszych wydarzeń rozpocznę od cytatu z pieśni trubadura Frederika Mercurasa z pierwszych lat Pogromu, o paktach z diabłem horrorami. Tak, wiecie, bez specjalnego powodu:

“Dislocate your spine if you don’t sign”
He says “I’ll have you seeing double”
Mesmerize you when he’s tongue tied
Simply with those eyes
Synchronize your minds and see
The beast within him rise…
Don’t look back! Don’t look back!
It’s a ripoff!


Jesteśmy więc na szczycie wieży, między młotem (w postaci oddziału Trzeciej Kompanii dobijającej się do drzwi na dole) a kowadłem (w formie siedmiu książek składających się na horroga No’Gothotha oraz na wpół szalonego czarodzieja Mangarina). Korzystając z jeszcze chwili ja postanowiłem się rozejrzeć w sytuacji fizycznej (znajdując skrzynię, a w niej kilka użytecznych przedmiotów i kapitalne miejsce kryjówki dla pewnego zestrachanego krasnoluda), a Dae’Haron – w sytuacji bardziej meta, próbując wyczaić, po czyjej właściwie stronie stoi Mangarin (po swojej własnej).

Magrit ubrała się w znaleziony płaszcz z łusek espagry i jako największa fanka ocierania sie o śmierć (deathroteryzm?) zamontowała sobie Amulet Oszukania Śmierci, Dae wdział pnączozbroję, a dwie fiolki healing potiona poszły w ręce naszych walczących Atlassiana i Magrit. Ja wlazłem do opróżnionej z tych skarbów skrzyni i się w niej zamknąłem, patrząc na świat astralnie.

Czwórka gwardzistów ze zmutowanym psem buldogiem, przewodzącą im fechtmistrzynią Janią oraz pochodnią wspina się po schodach, a na górze panuje atmosfera podniecenia – to horror ekscytuje się nadchodzącym światłem. Przerażony Mangarin zasłonił ciałem dziurę w podłodze i począł tkać wątek potężnego czaru ofensywnego. Dae zbuffował się w technobrytana, reszta stoi w oczekiwaniu.

Pierwszy wpadł pies, wyczulony na magię począł świecić oczami. Mangarin położył go swoim czarem, a reszta poprawiła i było już po psie… na razie. Dae magią sugestii zatrzymał strażnika z pochodnią na schodach, tak, by nie wszedł na górę, a ja potężnym ciosem w jego Aurę strąciłem go ze schodów. Pochodnia spadła na dół wieży, pośród starych mebli i ksiąg.

Na strych dotarła Jaina i razem z pozostałymi gwardzistami poczęła walczyć z naszymi wojownikami. Przywróciła do życia psa buldoga, a ja pomagałem jak mogłem czarami z mojej skrzyni. Walka była dość długa i męcząca, przeciwnicy ginęli i wracali do życia, a każdemu z nas do ucha szeptały książki horrora, obiecując nam potęgę i sekrety, jeśli tylko się poddamy. Dae stracił przytomność, a ostatni żywy gwardzista (nie liczę Janii) postanowił skorzystać z propozycji i rzucił się do otwierania jednej z ksiąg. Magrit i Aplikator próbowali go powstrzymać, ale bezskutecznie, a w międzyczasie Mangarin pokazał, po czyjej stronie naprawdę stoi, posyłając swój potężny pocisk w plecy naszego fechtmistrza, pozbawiając go życia.

I wtedy… propozycję horrora… przyjął… Dae’haron.

Jego nieprzytomnie ciało nagle się podniosło i rozświetliło cały pokój oślepiającym światłem. Otworzyły się także wszystkie księgi, w których ujrzęliśmy czarne strony i ruszający się tekst. Jedna z ksiąg wyssała całą energię z ostatniego strażnika, pozostawiając jeno wysuszone zwłoki (podobne znaleźliśmy wcześniej w wieży, należące do Mangratha), a pozostałe poczęły siać potężnymi pociskami po naszych pozostałych przeciwnikach. Mangarin wybłagał sobie litość, a Jania postanowiła wiać. Nie udało jej się – schwytaliśmy ją na schodach.

Wreszcie, gdy wszystko się uspokoiło, przerażeni obrotem wydarzeń zaczęliśmy z Magrit wypytywać Dae’horrora i samego No’Gothothę o warunki ich umowy oraz o ich intencje. Horror dał nam też wybór – przywrócić nam mistrza Magrit, czy naszego ogoniastego przyjaciela?

Po długiej dyskusji (w której rozpatrywaliśmy nawet porwanie się na samego horrora) zdecydowaliśmy się na warunkową i tymczasową akceptację Dae’horrora w naszej drużynie, przywrócenie (naznaczonego) Mangratha, a rezurekcją Adidasa zajmiemy się sami.


I na koniec wrócimy do piosenki:

Flick of the wrist – and you’re dead, baby!
Blow him a kiss – and you’re mad!
Flick of the wrist – he’ll eat your heart out!
A dig in the ribs and then a kick in the head
He’s taken an arm and taken a leg
All this time honey
— baby, you’ve been had.

View
Over the Wall and Up the Tower
Wreszcie wylewelowaliśmy!

Dotarliśmy do Emporium i poczęliśmy wprowadzać nasz plan w życie: nad strażnikami pogadaliśmy, że skoro odzyskaliśmy mojego mistrza, to wiejemy z miasta, po czym ich ogłuszyliśmy (nie zabicie ich wytłumaczyliśmy poprzez odegranie scenki, w której Wojowniczka Magrit nie pozwala na zabijanie bezbronnych) i wyniesliśmy do głównej sali w Emporium.

Grankar i Tungar postanowili wiać z miasta i obiecali zdalną pomoc infrastrukturalną w zamian za 10% (stargowane z 25) zasobów Esensji Ziemi, zebranej w kaerze przez moją rodzinę. Będziemy się tym martwić później, w zależności od tego, jaka będzie ich pomoc.

My natomiast ruszyliśmy do Landhausu. Zbliżał się świt, my szliśmy ulicami miasta i minęliśmy doborowy oddział straży miejskiej z Oddziału Trzeciego (więcej o nich później), którzy zwrócili uwagę na grupę adeptów na ulicy, bo Dae zaczął bez potrzeby czarować, a strażników zmutowane psy buldogi z rakowatymi naroślami na karkach to wyczuły i nas obszczały, tfu, obszczekały. Udało się ich skołować i przekonać, że jesteśmy niegroźni i pijani, więc poszli dalej. A szli w poszukiwaniu patrolu, który poszedł ubiegłej nocy do Emporium i z niego nie wrócił. Everything’s going according to plan.

Landhaus zamknięty, ale udało się łomotaniem do drzwi wywołać lekko oderwaną od cywilizowanej rzeczywistości Obsydiankę i, powołując się na Caedrusa i misję, którą nam był zlecił (choć nasze nowości, że żadnych therańskich łowców niewolników nie ma, to nie były dla nich żadne nowości, TO PO CO NAM TO ZLECAĆ, DO CHUJA WAFLA???), z niewielką pomocą magii, udało się ją przekonać do przyjęcia nas. Wyprosiliśmy azyl, ale o aktywniejszą pomoc musieliśmy się postarać.

Podleczyli (Obsydianka Głosicielka Garlen i zawołany przez nią Caedrus) magiczną wodą odrobinę mojego mistrza i zaczęliśmy rozmawiać. Zawarliśmy z nimi Pokój Krwi i wymieniliśmy się informacjami – my im opowiedzieliśmy o Kaerze i wrednych/jebniętych elfach, które trzęsą miastem i trzymają kaer w tajemnicy, a oni nam o prawdziwej misji Domu Handlowego Omasu i wielki statku-górze z Thery, który wylądował na żywogłazie A… i wysysa z niego energię życiową, zabijając tym samym stopniowo wielu Obsydian. Zobowiązaliśmy się wzajemnie do pomocy.

Przez jakiś czas lizaliśmy rany i lewelowaliśmy. Postanowiliśmy skupić wysiłki na odzyskaniu Mangratha, który wlazł jakiś czas temu do wieży Mangarina i przepadł. Dae wbił się bo lokalnej gildii magów w poszukiwaniu nauczyciela oraz informacji o Mangarinie. Mangarin pożyczył jakieś dziwne książki z jakiejś biblioteki z jakiegoś kaeru, następnie zamknął się w wieży, zamurował drzwi i okna i od miesiąca nie wychodzi. Dowiedzieliśmy się też o pozostałych członkach drużyny naszych nemezis: Errin (wojownik, 8 krąg) jest właścicielem knajpy Spragniony Smok, a Jania (fechtmistrzyni, 8 krąg), jego żona, jest szefową straży miejskiej, głównie doborwej Trzeciej Drużyny, która jest jakaś elitarna i hardkorowa.

Ruszyliśmy więc do Mangarina. Uniewidzialniliśmy się i przeskoczyliśmy mur. Po drugiej stronie był mocno zarośnięty dziki ogród, zwłoki elfiego sługi i dwa jaszczury błyskawic. Ponieważ mnie pierwszemu zeszła niewidzialność, to mnie jeden podsmażył dość solidnie. Dalej już poszło – Magrit otarła się o śmierć (znowu), Arkadiusz stracił przytomność, a ja, zza krzaków, solidnie usmażyłem aurę jednego jaszczura, a nietknięty przez całą walkę Dae przydusił drugiego.

Poobijani zaczęliśmy rozłupywać zamurowane wejście do wieży. Astralnie dostrzegłem na jej szczycie jedną elfią sylwetkę i siedem bliźniaczych aur, które trochę były osobno, a trochę jakby się łączyły. Podejrzane. Gdy czarem Pnącza zacząłem się wrastać między cegły, z góry zbiegł gospodarz i słabym głosem począł nas błagać, by “nie wpuszczać światła”. Zaczęliśmy z nim pertraktować, żeby nas wpuścić po dobroci, że nie chcemy mu zrobić krzywdy, że tylko szukamy Mangratha (zwłaszcza, że padła teoria, że Mangarin, głosiciel Rashomona, który oszalał i stał się Raggokiem, nie chciał się pogodzić ze zmianą w swojej pasji i z tej przyczyny, dręczony wyrzutami sumienia, zamknął się w tej wieży – to ponoć ja wymyśliłem!). Wreszcie poprosił nas o pomoc w “przepędzieniu światła” i, gdy obiecaliśmy, pozwolił wejść.

Na górze wieży dostrzegliśmy siedem dziwnych ksiąg, które okazały się być horrorem Noga Tota, który wsysa ciekawskich do ksiąg (wsysnął częśc wzorca Mangarina oraz całość Mangratha). Obiecaliśmy się z nim zmierzyć, i gdy obmyślaliśmy taktykę, Mangarin szeptał sobie w kącie i dopiero poniewcasie zorientowaliśmy się, że to nie było złowieszcze mamrotanie szaleńca, tylko rozmowa na odległość przez zestaw słuchawkowy z resztą jego zdradzieckiej drużyny…

Do drzwi na dole wieży zaczęli się dobijać strażnicy. Jesteśmy uwięzieni w klinczu między horrorem a Trzecią Kompanią.

View
Fighting and Spying in Ardanyan
Siękurwadziało...

1. Leczymy i żegnamy (Rest In Peace)

Argethiel jeszcze nie zdążył dobrze zniknąć za drzewami, a już wisiał na nas Tungar, zachwycony, jacy to my jesteśmy niesamowici i jak mu uratowaliśmy (już po raz drugi) życie. Szkoda tylko, że sami nie wszyscy przeżyliśmy – Magrit udało się przywrócić na naszą stronę (wróciła jakoś bardziej napakowana), ale jej nowopoznanego brata Farathiela już niestety nie.

Tungar opowiedział, że jechał do Ardanyan do swojego kuzyna, Grankara (który jest w miarę zamożnym kupcem tekstyliów i prowadzi w mieście Emporium), który dowiedział się coś niecoś o jakiejś kopalni esensji Ziemi w górach nieopodal miasta (brzmi jak nasz Kaer), kiedy napadli go bandyci (w sensie – elfi rangerzy z bandy Farathiela) i zostawili konającego w rowie, skąd go wyciągnęliśmy. A że my także do Ardanyan zdecydowaliśmy się pójść, powiedział, że nas chętnie zabierze swoim wozem, jeśli tylko odnajdzie kuca.

Poszedł więc szukać kuca, a my zabraliśmy się za lizanie ran. W czasie, gdy zaczarowywałem jej sen, żeby był bardziej leczniczy (ryzykując spotkanie z Horrorem, o czym nie wiedziałem), Dae’haron wybudził się sam. Zaaplikował więc na niej i na sobie swoje niemagiczne zdolności lecznicze, kiedy wrócił Tungar, prowadząc kuca i wóz. Zapakowaliśmy Magrit na wóz, ciało Farathiela schowaliśmy w krzakach (nie było czasu go chować, a nie możemy go zabrać do miasta, musimy jednak po niego wrócić) i ruszyliśmy.

2. Siedzimy i gadamy (Standing)

Pod murami tłok. Podjeżdżamy już po zmroku i widzimy dziesiątki karawan i wozów rozłożonych wokół ognisk. Nieopodal – mury miasta i brama. Szukamy jakiegoś przyjaznego ogniska, co by się dosiąść na noc, pogadać i może czegoś dowiedzieć. Widzimy jedno, gdzie dobrze z oczu patrzy Obsydianinowi i pomarszczonemu T’skrangowi, i jakoś dziwnie poczuliśmy, że do nich możemy się przysiąść (choć ja w ostatniej chwili chciałem gdzie indziej). Po wstępnych rytuałach i dowodzeniu, że znamy się na sztuce (sztuką Tungara jest gotowanie, co jakoś najbradziej nam wszystkim przypasowało w tej chwili) zaczęliśmy pogaduchy.

Obsydianin imieniem Caedrus (podejrzewam, że łowca horrorów, bo bardzo go nasza sztuka interesowała) i T’skrang fechtmistrz Bez Imienia Na Razie (był mile zaskoczony, że mówię po t’skrangijsku, ale przecież nauczyłem się od mojego Mistrza), którzy przeżyli razem Epickie Przygody, także zmierzają do Ardanyan, ale czekają na wejście z wieloma innymi karawanami (jest to spowodowane orkowymi nomadami, którzy łupią tereny wokół Ardanyan i karawany boją się wyjść i wejść do miasta). Jest z nimi trzeci towarzysz, T’skrang Vush Vusul z membraną pod rękami, który jednak leczy kaca, śpi i nie bierze udziału w rozmowie.

Dowiedzieliśmy się więc, jak się sprawy mają wokół Ardanyan, a Caedrus przenikliwie się nam przygląda i zauważa, że jesteśmy jacyś niedzisiejsi i nietutejsi. A że mu dobrze z oczu patrzyło, przyznaliśmy się, skąd jesteśmy i co nas sprowadza do miasta. Jego tylko go interesowało: jaki mamy stosunek do Theran. Zdaliśmy test (tj. nie lubimy ich, jeden gość z Rady Magów w Kaerze był theraninem i niezdrową skłonnością do niewolników), więc on też się przyznał, kim jest. Ano, zmierza do Ardanyan poniekąd incognito, żeby zaszyć się w Stonehouse Omasu i zbadać sprawę pogłosek, jakoby w okolicy działali jasyć tajniaccy łowcy niewolników z Thery. Że niby kilku złapano dopiero co, ale on uważa, że to ściema i chce to zbadać. My podejrzewamy, że to jak najbardziej ściema i złapano tak naprawdę naszych mistrzów.

3. Lewitujemy i przemykamy (Going Through the Motions)

Tungar mówi, że rzeczywiście wyglądamy podejrzanie i może być ciężko dostać zieloną pieczątkę w bramie, bo nie zgadzają się daty i miejsce wydania paszportu, a i wygląd jakoś nie tego. Więc on jutro wejdzie sam (jednego gościa pieszo raczej wpuszczą, zwłaszcza, że jego kuzyn ma plecy w Ardanyan), zdobędzie jakieś normalne ciuchy, i wyjdzie z nimi do nas.

Nad ranem jednak obudził nas Wush, który powiedział, że jemu czekanie w kolejce nie w smak, i on idzie po swojemu. A to znaczy, że wspiął się świtem bladym po murze i zeskoczył po drugiej stronie. Muy impressivo, ale my najpierw spróbujemy planu Tungara. Cały dzień jednak czekaliśmy w kolejce, dostrajając się do magicznych przedmiotów i łapiąc muchy (no, Bez Imienia Na Razie próbował chojracko wejść do miasta solo, ale paru orkom w kolejce się to nie spodobało, więc go przepędzili miłymi słowami) i śledząć zachowania strażników na murach, żeby w nocy przekraść się wzorem Wusha.

Pożegnaliśmy się z Caedrusem, obiecując się spotkać na kawie w mieście, i o północy podeszliśmy pod mury. Wylewitowaliśmy się na górę (w ciągu całego dnia czekania dostroiłem się do wszystkich moich żetonów, więc rzucałem czar z matrycy), Dae’haron zajął się jedynym, śpiącym strażnikiem, dosyłając mu do jego snu jeszcze trzy cytate panienki, żeby się nikim innym nie interesował przez jakiś czas. Przeszliśmy na drugą stronę i zlewitowaliśmy na ulicę miasta.

Za murami wylądowaliśmy niedalego gospody Czerwony Kruk. Nazwa brzmi znajomo – była taka knajpa w Okoros, prowadziły ją elfy, dopóki nie przepadły rok-dwa temu i interes przejął ktoś inny. Teraz już wiemy, gdzie długousi się podziali – przenieśli biznes na powierzchnię. Baliśmy się wejść, bo Magrit tam bywała i właściciele mogą ją rozpoznać i już mieliśmy iść do Emporium Grankara, kiedy zdecydowaliśmy się jednak zaryzykować i czegoś się dowiedzieć o sytuacji. W międzyczasie wyczuliśmy, że jakiś ludek z dachów domów nas śledzi.

4. Pijemy i kombinujemy (I’ve Got a Theory)

Wróciliśmy pod knajpę, gdzie zainteresował nas list gończy na murze – szukają Mangratha, mistrza Magrit! Może więc jego jeszcze nie złapali. Do karczmy weszliśmy ja i Bez Imienia Na Razie, bo żaden z nas nigdy w Czerwonym Kruku w Kaerze nie był (niektórzy z nas dwóch nie byli nawet w Kaerze!). Pogadałem z barmanem (człowiekiem, to nie jest właściciel knajpy) i dowiedziałem się, że faktycznie, Mangrath poszukiwany jest za rzekome łowczenie niewolników dla Thery, i już złapano jego dwóch towarzyszy: jakiegoś T’skranga (mój mistrz zapewne) i jakiegoś lokalnego krasnala (jak się okazało, Grankar. Przewalone.) Nie wiadomo, co z nimi, kiedy mają być straceni ani nic takiego. Aha, knajpę faktycznie prowadzą elfy, które przybyły jakiś rok, dwa temu, ale akurat ich nie ma. W najpie aktualnie jest tylko garstka elfów, z który jeden faktycznie wygląda znajomo z Kaeru, więc wprowadzić naszych długouchych będzie bezpiecznie, jeśli tylko odwróci się jego uwagę. Wynajęliśmy więc pokój, Bez Imienia Na Razie ruszył na rozpijanie owego elfa, a ja poszedłem po naszych.

Poszliśmy do pokoju, wyłożyłem im, jaka jest sytuacja (że Grankar i T’schrrt są schwytani prawdopodobnie w ratuszu) i czekamy na Bez Imienia Na Razie. Ten, jak wrócił, powiedział, czego się dowiedział w swoim epickim piciu z elfem. Otóż podchmielony elf wyśpiewał swojemu nowemu ulubionemu druhowi wszysto – że żył w Kaerze nieopodal, że został wyciągnięty potajemnie przez klikę rządzącą tym miastem, że są tu potężne elfy, ale o tym sza, będzie bezpieczniej dla wszystkich – no, słowem, potwierdził wszystkie nasze przypuszczenia. Zaczęśliśmy planować, co dalej (że pójdziemy do Emporium), kiedy sytuacja się zmieniła. Widocznie ludek, który nas śledził, pobiegł na nas donieść do władz, bo do gospody przyszli po nas do gospody strażnicy.

5. Wiejemy i walczymy (Walk Through the Fire)

Postanowiliśmy wiać przez okno do Emporium. Po dachach, bo rostawili czujki. Zapieczętowałem magicznie drzwi (nawet nie wiedziałem, jak w tej chwili ryzykowałem, rzucając czar z czystej magii!) i poczęliśmy się gramolić przez okno. Na ulicach były czujki, więc staraliśmy się iść po cichu. Ja rzuciłem na siebie czar kociego chodu, żeby spokojnie biec po dachach, ale Dae’haron prawie wszystko spaprał, bo się wywrócił i prawie zleciał z dachu. Złapał go nasz fechtmistrz, ale jedna z czujek prawie go zauważyła. Koniec końców na dobre wyszło, bo Dae – trzymany przez Bez Imienia Na Razie – rzucił na czujkę iluzję, że może znikamy gdzieś za rogiem, a nie gramolimy się po dachach. Podziałało tak dobrze, że zwołał inne czujki oraz strażników już łomoczących w nasze zapieczętowane drzwi i pobiegli wszyscy za fantomem, nas kompletnie ignorując. Zeszliśmy więc spokojnie na ulicę i pobiegliśmy zaułkami do Emporium.

Natknęliśmy się na Tungara, który był przerażony – był w Emporium, dowiedział się, że aresztowali jego kuzyna, a teraz Emporium przetrząsają strażnicy w poszukiwaniu śladów Mangratha. Pobiegliśmy więc i wypatrzyliśmy siedmiu strażników miejskich, szperających po izbie. Postanowiliśmy pozbyć się ich szybko i efektywnie. Najpierw z zaskoczenia: Magrit potraktowała jednego bełtem z kuszy zza okna, Bez Imienia Na Razie wkradł się i ciachnął jednego bardzo skutecznie mieczem, ja posłałem supersilny cios w Aurę kapitana (czym go od razu położyłem), a Dae’haron postanowił ich wszystkich jeszcze magicznie przydusić. Zostało pięciu.

W pierwszej rundzie mego listu, niech będzie pochwalony , Bez Imienia Na Razie poprawił mieczem w drugiego przeciwnika, Magrit, przemieniona przez swego brata w technobrytana, wskoczyła przez okno i jednym ciosem pozbawiła jednego strażnika i twarzy, i życia, a Dae’Haron zaatakował kolejnego płonącą pięścią. Ja posłałem Umysłowy Sztylet w jednego ze strażników, który otrząsnął się z iluzji duszenia się. Próbował mi oddać, zaszarżował na mnie z przeskoczeniem przez okno, ale ja tylko usunąłem się w bok i chłop chybił. Zostało może dwóch?

W drugiej rundzie mego listu, niech będzie pochwalony, kto tam był w środku pokonał kogo tam pozostał w środku, a jedyny strażnik na zewnątrz postanowił mi przyłożyć. Teraz już nie byłem tak zwinny i oberwałem bardzo solidnie pałką w czerep, aż się osunąłem na ścianę. Strażnik zaczął wiać. Nie mogliśmy mu na to pozwolić, więc fechtmistrz rzucił w niego mieczem (trochę skutecznie), a ja, z pozycji leżącej, poprawiłem Umysłowym Sztyletem (trochę zbyt skutecznie). W dwie rundy pozbyliśmy się wszystkich. Prawie flawless victory.

Tungar, który cały ten czas krył się za śmietnikami, pomógł mi wstać i wtaszczyć truchło ostatniego strażnika do środka budynku. Tam stała się też rzecz dziwna – Dae, który podczas walki rzucił kilka czarów z surowej magii, zatoczył się na ścianę i popuścił trochę krwi z nosa. Pogadaliśmy i okazało się, że rzucanie w taki sposób czarów nie jest tak bezpieczne, jak nam się wydawało. Muszę powiedzieć dziadkowi, że miał rację – faktycznie, przestrzeń astralna jest zbrukana i potrzebujemy matryc, żeby bezpiecznie rzucać czary.

6. Inwestygujemy i planujemy (I’ll Never Tell)

Zabraliśmy się za badanie śladów wydarzeń w Emporium. Epicko analizowałem ślady i nawet pomimo bałaganu zrobionego przez strażników i naszą błyskawiczną walkę, ja w powidokach astralnych wypatrzyłem, jak aresztują Grankara, jak rzuca on pod ścianę zmięty list gończy ze swoim nazwiskiem, oraz jak chowa coś w safe roomie za szafą. Zrobiłem wrażenie na Tungarze otwierając safe room ukrytą dźwignią w szufladzie, i weszliśmy do środka.

Wpis 1 Grankar odkrywa, że kopalnia, którą chciał reaktywować, to tak naprawdę kaer w pobliskich górach, którego ślady ktoś usilnie zaciera.
Wpis 2 Grankar zaczyna badać sprawę i szybko odkrywa, że spiskowcy są w mieście wszędzie.
Wpis 3 Grankar pisze, że dzisiaj ktoś go śledził. Boi się o swoje zdrowie. Wiedząc, że nie da rady skontaktować się z kuzynem Tungarem, zaczyna spisywać notatki i zostawia je w ukrytym pomieszczeniu o którym wiedzą tylko oni dwaj. W ten sposób, jeśli coś się Grankarowi stanie, Tungar będzie o tym wiedział.
Wpis 4 Grankar odkrywa, że spiskowcy kontrolują miasto znajdując na ścianie list gończy na siebie. Jest poszukiwany za niewolnictwo i współpracę z Theranami.
Wpis 5 Grankar znajduje plakaty dwóch poszukiwanych za tę samą przewinę osób – Mangratha i Tschrrta. Chce się z nimi skontaktować.
Wpis 6 Grankar widział się z Mangrathem, który twierdzi, że Tschrrta już dorwali spiskowcy. Mangrath idzie do wieży Mangarina po odpowiedzi.
Wpis 6 Grankar jest przekonany że straż go namierzyła i na pewno niedługo skończy w ratuszu na “przesłuchaniu”, podobnie jak Tschrrt.

Znaleźliśmy tam notatki, z których wynikało, że Grankar poznał Mangratha podczas węszenia w sprawie rzekomych therańskich łowców niewolników, i w ten sposób podpadł władzom. Dlatego został aresztowany – za podejrzenie, że wie, gdzie Mangarth przebywa. A sam Mangarth postanowił rozmówić się z Mangalinem (elfem z oryginalnej wyprawy z Kaeru, który należy do szajki Krzyża Ardanian, a teraz zamknął się w Wieży Magów i z niej nie wychodzi).

Tungar bardzo chciałby iść teraz, zaraz, natychmiast (a raczej, żebyśmy my poszli, bo przecież co on może, bo jest commonerem, a my Adeptami!) do Ratusza ratować kuzyna. Po pewnych dyskusjach stwierdziliśmy, że to dobry plan, bo odbijemy też mojego mistrza. Tungar tymczasem uda się do Stonehouse’u Omasu (dokąd docelowo zmierzał Caedrus) i do Wieży Maga zobaczyć, jak to wszystko wygląda.

Ruszyliśmy więc na plac ratuszowy i przyczailiśmy się na ławce pod położoną nieopodal knajpą (Spragniony Smok) w której, tak przy okazji, zatrzymał się Wuschwusul. T’skrang, znudzony, czeka na przybycie swoich kumpli polatuchów, z którymi chce iść polować na gryfy w pobliskich górach. Wysłaliśmy Bez Imienia Na Razie na przeszpiegi do ratusza, żeby wyczaił, czy są tam jakieś informacje o planowanych egzekucjach. W drzwiach minął Argethiela, który gadał przez bajerancki zestaw słuchawkowy z jakimiś partnerami w biznesie i wyglądał, jakby to miejsce należało do niego. Informacji w ratuszu żadnych nie było, w ogóle wygląda, jakby cała sprawa z aresztowaniem i przetrzymywaniem rzekomych łowców niewolników była hush-hush i zamieciona pod dywan.

Pogadaliśmy z Wushem, próbując go przekonać, żeby nam pomógł, ale go nie przekonaliśmy – nie chciał dla nas ryzykować. W sumie zrozumiałe, ma swoje plany. Jego porady, jak on by wydostał towarzyszy z pierdla, też były mało pomocne, bo zdaje się zapominać, że my nie mamy membran. Ale widok Argathiela zainspirował nas do innego planu:

7. Wchodzimy i wychodzimy (Under Your Spell)

Dae’haron zailuzjonuje się w Argathiela, Magrit i Bez Imienia Na Razie przebierają się za strażników (mamy ciuchy, bo przecież pokonaliśmy ich mały oddział, z którego nota bene ocalałych związanych i zakneblowanych trzymamy w safe roomie w Emporium). Problem ze mną, bo nie mamy ciuchów strażnika-krasnoluda, a ja z przepaską na oku jestem dość charakterystyczny. Wymyśliliśmy więc, żeby mnie zailuzjować w dobermana (bo dobermany pilnują tyłu Ratusza) i pójdziemy nocą (jak jest cicho i spokojnie) po więźniów – że niby jesteśmy Arathiel z obstawą i zabierami naszych gości na spytki. Cały czas obserwowałem Ratusz, ale Argethiel się z niego nie ruszał do późnej nocy. W międzyczasie zmieniły się straże, więc postanowiliśmy iść na żywioł i ruszyć, licząc, że nowa straż nawet nie wie, że Argethiel jest na piętrze.

Idziemy więc dzielnie. Strażnicy, gdy tylko napomknęli, że “chyba Argethiel przecież jest na piętrze”, zostali zbałamuceni pogaduchami Bez Imienia. Pozostała trójka ruszyła do cel w piwnicy. Argethiela cały czas mam na radarze. Śpi.

Drzwi do aresztu były zamknięte, a strażnik chrapał po drugiej stronie. Nie dobudził się nawet, jak Dae’gethiel zapukał. Argethiel za to wstał na piętrze, i ziewa w oknie. Musimy być cicho, a drzwi trzeba otworzyć. Korzystając, że nikt nie widzi, że pies będzie czarował przy zamku (więc iluzja nie pryśnie), roztrzaskałem zamek magią. Argethiel nie zauważył, ale obudził się strażnik w areszcie. Dae’gethiel go zrugał, że jak tak można pić i spać, i że zaraz mi tu przyprowadzić więźniów.

Gdy tylko strażnik nabrał oddechu, żeby wrzasnąć na Grankara, by ten się obudził, ja przytłumiłem jego wrzask szczeknięciem. Podziałało – Argethiel nie zwrócił uwagi, myślał, że to dobermany na zapleczu Ratusza. Gdy strażnik otwierał celę mojego mistrza (T’schrrt jest pobity, poraniony i ledwo zipie), zaczarowałem Cichą Konwersację i szepnąłem mu magicznie do ucha, że to my, przyszliśmy go uratować, niech nie panikuje. Ucieszył się.

Zrugaliśmy strażnika na pożegnanie i ruszyliśmy na górę. W międzyczasie nasze nemezis z pięterka znikło mi z radaru. Dopiero wracając na parter i otwierając drzwi do hali wejściowej zobaczyliśmy jego plecy – Argethiel właśnie miał otworzyć drzwi po drugiej stronie sali…

8. Stoimy i zaklinamy (Under Your Spell / Standing (Reprise))

Zamarliśmy w bezruchu, czy nas usłyszał i czy się odwróci. Grankar stoi. Marit stoi. Doberman stoi. T’schrrt stoi. Tylko Dae… upuścił kostur… Argethiel się odwrócił, i zobaczył taki obrazek: on sam, wraz z dobermanem i ubraną jak strażnik miejski elfką, którą zabił dwa dni wcześniej w lesie, wyprowadzają więźniów, których dobrze zna, z lochu. Dae’haron postanowił wykorzystać jego skołowanie i jeszcze je umocnić. Począł magicznie szeptać mu do ucha iluzje: Argetheilu, toż ty śpisz jeszcze. Po całym dniu pracy nad papierami biznesowymi w ratuszu zasnąłeś i teraz śnisz jeno, że po Ratuszu błądzisz, zmierzasz do działu ksiąg finansowych, by sprawdzić, ile to transport Esensji Ognia z Wielkiego Targu wyniesie, gdy nomadzi gościńce łupią. A idąc natknąłeś się na wspomnienie li i jedynie siebie samego, jak więźniów swych znienawidzonych na kolejne przyjazne rozmowy z obcęgami i biczami prowadzisz, bo przecież nie może prawdą to być, by towarzyszyła ci elfka, która nie mogła przecież przeżyć spotkania z tobą dwa dni temu w lesie pod Ardanyan.

Jeden zajebisty rzut kostką później Argethiel, z zamglonym wzrokiem, wzruszył ramionami, odwrócił się i wszedł do działu finansowego, zamykając za sobą drzwi.

Ulgę w naszym oddechu słychać było w Kaerze.

Zgarnęliśmy więc Bez Imienia i ruszyliśmy spokojnie ulicami miasta w stronę Emporium. W jednym z zaułków iluzje przestały działać, Grankar nie mógł się nadziwić i nacieszyć z ratunku, a T’schrrt rzucił nam parę komplementów (“uczeń przerósł mistrza”, najss). W drodze do safe roomu (gdzie nasza czwórka, mój mistrz, dwaj krasnoludzi i czterech związanych strażników tworzyło niemały tłok) T’schrrt opowiedział nam, co się działo, i dowiedział o Mangracie, który poszedł do wieży maga i przepadł. Aha, i że boczne wejście do naszego Kaeru jest prawdopodobnie gdzieś pod Ratuszem, bo widział, jak tam ludzie wchodzą i nie wychodzą i wice wersa.

9. Wracamy i myślimy (Where Do We Go From Here?)

Moja propozycja:

  • głośno i przekonywująco przy strażnikach rozmawiamy, że spieprzamy z miasta jak najszybciej, bo tu niebezpiecznie.
  • pozbawiamy strażników przytomności i wynosimy z safe roomu do głównej sali Emporium. Tam ich zostawiamy z nieco poluzowanymi więzami, niech ktoś ich znajdzie (np. inni strażnicy, którzy się zainteresują, że oddział inwesygujący Emporium nie zameldował się spowrotem) albo się sami uwolnią i powiedzą, że ci szaleńcy zwiali z miasta.
  • zamykamy safe room – jest szansa, że oni w ogóle nie wiedzą, gdzie byli cały czas, a już na pewno nie wiedzą, jak tam wejść.
  • spieprzamy JAK NAJSZYBCIEJ, ale wcale nie z miasta, tylko do Stonehouse’u Omasu i prosimy o azyl, powołując się na Caedrusa i jego śledztwo (już wiemy, że to była głęboka ściema, tak właściwie to zrobiliśmy za niego jego robotę).
  • tam się zaszywamy na długo – dni, może tygodnie, nie wyściubując nosa (wzorem amerykańskich dyplomatów w Teheranie w ‘Argo’ ), lecząc rany nasze i mojego mistrza, awansując i wydając punkty legend (WRESZCIE) oraz, oczywiście, monitorując sytuację w mieście. Może też jakoś zdalnie szukając Mangratha.
  • Albo nie zdalnie, może jakoś nos wyściubimy, tylko musimy to zrobić rozsądnie i zachowując wszelkie środki ostrożności.

Pasuje taki plan, drużyno?


PS. Alternatywne śródtytuły (kursywą) dedykowane są Kasi :)

View
Rozkmina i Rozpierducha
"We climbed the hill to see if green fields lie beyond, only to realize they're faded now and gone"

Wyszliśmy z Kaeru! Jesteśmy na zewnątrz! Pod gołym niebem! Są tu chmury! Jest deszcz! Jest wiatr! Są tu drzewa i lasy! Są tu… elfy?

Siedem, dokładnie. Szóstka leszczy z łukami w nas celuje, a jeden, chojrak z mieczem, pyta nas o nazwiska. Jeden z leszczy sprawdza je w notesiku, ale Chojrak przestaje na niego zwracać uwagę w momencie, gdy usłyszy nazwisko Magrit. I gdy na równinę wchodzi jeszcze jeden leszcz prowadząc na smyczy NORMALNIE PRAWDZIWĄ WYWERNĘ, JAK BABCIĘ KOCHAM! To Chojrak nachyla się do nas i mówi tutejszy odpowiednik “come with me if you want to live”, a gdy dajemy mu znak, że jesteśmy z nim, płynnym ruchem posyła sztylet prosto w gardło obwiesia z bestą na sznurku.

Rozpętuje się pierwsza dziś, ale wierzcie mi, nie ostatnia ROZPIERDUCHA.

Rozkmina2

Walczymy hardo (niektórzy zza drzewa, co prawda) z pozostałymi leszczami. Chojrak nam nie pomaga, bo szybko odzywają się skutki jego zdrady swoich pobratymców – okazuje się, żebył związany Przysięgą Krwi, której złamanie daje o sobie szybko znać. Ściągam go w krzaki i staram się magią ograniczyć negatywnie działanie Przysięgi, a tymczasem zyskujemy chwilowo nowego sprzymierzeńca w postaci wywerny.

Ta jednak, gdy już nie zostanie żaden z tamtych do zabicia, rzuca się na nas. Rani w plecy Magrit, ale obrywa od Dae’Harona. Patrzy na niego brzydko i odlatuje, ale coś mamy wrażenie, że jeszcze od niej usłyszymy.

Odgłosy nadchodzącego kolejnego oddziału skłaniają nas do opuszczenia włości. Półprzytomny Chojrak (nazywa się Farathiel) prowadzi nas do kryjówki jego ludzi gdzieś w lesie. Dae iluzjonuje wejście, ja opatruję Farathiela jak mogę, a Magrit wyrusza zapolować na węża, którego jad może pomóc na ranę po złamanej Przysiędze.

Gdy jej nie ma, a Farathiel magicznie śpi, odwiedzają nas w jaskini Czakty – pięć ptaszków, z którymi, po wymianie uprzejmości, rozmawiamy i dowiadujemy się dużo o tym, co się stało ze światem. Zaniepokojeni tym, że Magrit coś długo nie wraca, ruszamy po to, żeby ją znaleźć nieprzytomną w lesie. Okazało się, że zaatakowała ją mściwa wywerna. Na szczęście razem z nią znaleźliśmy węża, którego pochwyciłem w Pnącza (no funny business, to czar tylko taki) i wróciliśmy do jaskini.

Tam od Farathiela dowiedzieliśmy się kolejnych szczegółów o świecie poza Kaerem. I tu nastąpiła wiekopomna ROZKMINA:

Wyczailiśmy, że pierwsza Ekspedycja wcale nie zginęła. Było w niej 5 Elfów i dwaj Krasnoludzi, a wrócił tylko jeden spiczastouchy i to niosąc martwego kurdupla na rękach. Kurdupla zabił horror, co zresztą on sam potwierdził przez telefon z Zaświatów (thank you for using Xen-obile!) A tu się okazuje, że w nieodległym mieście Ardanyan (nazwa taka jakby znajoma), które sobie całkiem dobrze prosperuje, mieszka czwórka pozostałych elfów z Pierwszej Ekspedycji!

Domyśliliśmy się więc co następuje:

  • Leldrina mistrz, Samiel, głosiciel Rashomona, ginie przywalony kamieniami z winy krasnoludów
  • Leldrin i 4 inne Elfy (+ 2 Krasnale) wychodzą na zewnątrz 50 lat temu
  • W międzyczasie Pogrom się skończył, bardzo wiele się zmieniło
    • Między innymi Rashomon oszalał i z pasji sprawiedliwości stał się Raggokiem, pasją zemsty
  • Leldrinowi więc odbija tak, jak jego Pasji, i postanawia się zemścić na Krasnoludach z Kaeru, a wraz z nimi, na całym Kaerze
  • Czwórka Elfów z Ekspedycji – Argethiel (nota bene, ojczym Farathiela), Jania, Errin i Mangarin – osiada w Ardanyan i nie dość, że są w jakiejś radzie miasta to jeszcze zakładają tajne, elfie stowarzyszenie Krzyż Ardanian, które nie dopuszcza do odkrycia Kaeru z zewnątrz, przechwytuje kolejne Ekspedycje oraz tajniacko z Kaeru wyprowadza grupami Elfy (stąd tajemnicze zniknięcia wśród Elfów w ostatnim czasie)
    • Między innymi wyprowadza matkę Magrit, która wtedy była w ciąży, a w brzuchu miała Farathiela, więc ci są rodzeństwem.
    • I to oni przechwycili ostatnią ekspedycję (czyli naszych Mistrzów) i trzymają ich w Ardanyan, jeśli jeszcze żyją, rzecz jasna.
  • Leldrin wraca do Kaeru, po drodze psuje domofon, a jako super w kosmos iluzjonista nie ma problemu z oszukaniem ducha Fergusa (krasnoluda, którego ciało sprowadził z powrotem), że to horror go zabił. W Kaerze L. jest wtyką Krzyżowców.
    • Nie wiedział o naszej ekspedycji, dlatego nas nie przechwycili.

Bardzo chcemy iść do Ardanyan, bo:

  1. są tam nasi Mistrzowie i musimy ich wydostać
  2. musimy jakoś dać znać do Kaeru że Pogrom się skończył i ogólnie co się dziele
  3. przydałoby się jakoś rozpieprzyć cały ten Krzyż od środka
  4. nikt na razie nie wie, że wyszliśmy z Kaeru, więc nie będą nas szukać

Farathiel jest naznaczony złamaną Przysięgą i chce wiać jak najdalej, ale udało mi się go przekonać, że powinien do nas dołączyć i nam pomóc.

Od ptaszorków dowiedzieliśmy się o leżącym nieopodal rannym Krasnoludzie, którego dopadły Elfy z Krzyża. Poszliśmy do niego, zabraliśmy z drogi i opatrzyliśmy. Znaleźliśmy przy nim list:

List1

Wraz z całkiem akuratną mapką okolicy:

List2

Otoczyliśmy się iluzją krzaków, ale i tak przejeżdżający patrol czterech Krzyżowców i jednego wyjebanego w kosmos zbrojmistrza (sam Argethiel!) nas wypatrzył. Farathiel próbował ratować sytuację, ale oberwał w gardło od własnego tatuśka. Z resztą rozpoczęliśmy walkę, która wydawała się beznadziejna, zwłaszcza, że dołączyła do nich jeszcze nasza znajoma wywerna. Magrit poległa niedługo po swoim świeżo poznanym bracie, Dae stracił przytomność od ciosów elfów, zombich i wywerny, zostałem tylko ja…

Magrit ostatnim bohaterskim zrywem udało się wyrządzić dość zauważalną krzywdę Argethielowi, więc postanowił dać nam spokój. Ostateczny cios wywernie zadałem ja przeładowanym strzałem z Runomiota. Gdy sytuacja się uspokoiła, napoiłem wszystkich (łącznie z Magrit i Farathielem) wszystkimi eliksirami, jakie miałem, żeby przywrócić ich do życia i stanu jakiejś używalności…

View
Ekspedycja i Eksploracja
"Let's go outside (let's go outside) in the sunshine, I know you want to but you can't say yes"

Intro

Ekspedycja dwa i pół

Do rzeczy, bo odcinek był rzadkiej urody: Elona i Joran mają dla nas propozycję nie do odrzucenia. Chcą, żebyśmy w tajemnicy wyszli z kaeru (hurraa!) i dowiedzieli się, czy pogrom trwa, a gdyby się udało, co się stało z poprzednią ekspedycją, bo oni też mieli tylko wychynąć i wrócić, a nie wrócili. Zgodziliśmy się.

Po dwóch-trzech tygodniach dochodzenia do siebie, rozwijania talentów i dostrajania się do nowych zabawek (ja do żetonów do mojego Runomiota a Dae do jego laleczek, napisałbym “no funny business”, ale w sumie nie mogę mieć pewności…) byliśmy gotowi, więc w ciszy i tajemnicy (a nie w wielką pompą, jak żegnana była poprzednia ekspedycja) odprowadzili nas do bocznych drzwi. Powiedzieli, że jak już będziemy coś wiedzieć, żebyśmy zadzwonili domofonem po drugiej stronie drzwi, a ktoś nas wpuści.

Kopalnia1

Wyszliśmy więc po długiej drabinie i przez drzwi. Trafiliśmy do koryta z wyłączoną rzeką. Minęliśmy domofon nie sprawdzając czy działa i wyszliśmy z koryta w sam raz w momencie jak rzeka do niego wróciła. W jaskiniach (bo tam byliśmy) znaleźliśmy runy do wyłączania rzeki, a także jaskinie z pozostałościami po (co wyszło z mojego dociekliwego inwestygowania otoczenia) plemieniu trollowych Łupieżców, którzy schowali się w tych jaskiniach na początku Pogromu.

Znaleźliśmy też Kryształ Pamięci i obejrzeliśmy parę retrospekcji…

Whooooosh….

Łupieżcy łupieni

Nie tylko je obejrzeliśmy, ale nawet w nich zagraliśmy! Dae’Haron wcielił się w Bragga, czempiona Łupieżców, Magrit została artylerzystką Janissą, a ja – kapitanem statku, Hortolem, i zadziwiająco dobrze się w tej roli odnalazłem. Kto wie, może w poprzednim wcieleniu też byłem Łupieżcą?…

W każdym razie lecieliśmy z naszym plemieniem dwoma albo trzema statkami, a goniły nas paskudne rakkeny. Janissa ładowała do nich z działa ogniowego, Bragg skakał ze statku na grzbiet rakkena i znów na statek, a ja je taranowałem i nabijałem na złamane maszty, po czym przy minimalnych stratach w ludziach wylądowałem na niewielkim płaskowyżu u wejścia do jakiejś jaskini. Tam też wszyscy się schroniliśmy.

Błądziliśmy po korytarzach kopalni. Część ludzi straciłem na rzecz świecącej, fioletowej kuli, która ich uwięziła psychicznie (po prostu zostali się w nią wgapiać), część w walce z zasiedlającymi jaskinie pająkami, ale wreszcie przycupnęliśmy w paru jaskiniach i tam zamieszkaliśmy…

Whooooosh…

Creepy crawling

No i tak dokonali żywota, na to by wyglądało. Było to parę setek lat temu.

Ruszyliśmy dalej. Jaskinie faktycznie były zamieszkane przez pająki i udekorowane ich sieciami. Musieliśmy kilka pokonać, ale udało nam się przedrzeć. Dotarliśmy do kopalni, gdzie znaleźliśmy ciało Sylphisa. Zmarł na naszych rękach, ostatnim tchem ostrzegając nas (m.in. dwójkę Elfów, mind you), żebyśmy “nie ufali Elfom”. Wtedy też dostrzegliśmy jakiegoś Elfa, który się nam przyglądał z mroku, ale znikł. Podążyliśmy za nim.

Kopalnia2

Trafiliśmy do korytarzy kopalni. Nauczeni doświadczeniem trollowych łupieżców ominęliśmy pułapkę na Horrory (tą fioletową kulę) łukiem jak najszerszym, wznieśliśmy się mocą mojej lewitacji w górę szybu i trafiliśmy do wyjścia. Rozkminiliśmy zagadkę drzwi wyjściowych i wydostaliśmy się na zewnątrz.

Niebo!

Outside

A tam przywitał nas widok, o którym marzyłem od lat: las! Drzewa! Niebo! A z nieba – deszcz! Coś niesamowitego!

Niestety, radość zepsuł mi nieco fakt, że razem z tym wszystkim przywitał nas też oddział siedmniu elfów z wycelowanymi w nas łukami…

View
Twarze wykrzywione gniewem
"Ice age coming, ice age coming, women and children first..."

W poprzednim odcinku:
* Aresztowani magowie Herghest (czarodziej, krasnolud) i Dae’heron (iluzjonista, elf) zostali przeniesieni do luksusowego kurortu dla umysłowo pieprzniętych w Trzech Wieżach pod świątynią Rashomona. Czy naprawdę są szaleni, czy to tylko skomplikowany plan uzyskania informacji o kulcie Horrora Nienawiści od zamkniętej w sąsiedniej celi kultystki o wątpliwej poczytalności?
* Wojowniczka Magrit Sallah znajduje sprzymierzeńców w nieoczekiwanym miejscu – wśród kultystów Horrora, którzy przekonują ją, by pomogła im odbić swoją pobratymczynię ze szpitala dla umysłowo chorych. Czy Magrit może ufać swoim niedawnym przeciwnikom?

Niesamowity finał pierwszego sezonu “Earthdawn: Wieku Legend” już dziś wieczorem! Nie przegap!


1. Ratownicy i ratowani. (As Dead as Leaves.)

Choć Magrit i jej weseli, najedzeni i uzbrojeni kultyści biegną do nas po spiralnych schodach, pokonując piętro za piętrem, my (Herghest i Dae’Haron) całkiem nieźle radzimy sobie sami. Po tym, jak już zamknąłem opętanego demiwidmem lekarza (a raczej jego truchło) w naszej niedawnej celi, ruszyliśmy śladem siostry Hevara. Pozostawiła ona po sobie oblodzoną i oszronioną ścieżkę, prowadzącą do wielkich, zamrożonych drzwi. Dae’heron przywdział komplet iluzji, przez co wyglądał jak zombitechnoniedźwiedź z płonącymi rękami, którymi bez trudu wywalił drzwi z zawiasów.

Po drugiej stronie natrafiliśmy na pięć innych zamrożonych ciał, do niedawna należących do lekarzy i pacjentów zakładu, a obecnie opętanych i animowanych przez demiwidma. Uwagę ich od nas odwróciła kompania ratunkowa, która zwarła się z nimi w starciu. W walce straciliśmy jedynie jednego kultystę – wielkiego łysola zamrożonego na śmierć przez zombiwidmo. Przeciwników roznieśliśmy wspólnymi siłami. Angius z nadmiaru wrażeń schował się w kącie i popadł w katatonię, a Kirof z bojowego rozpędu (czy aby na pewno?) zaatakował też Dae’herona, ale jego siostrzyczka solidnie wymierzonym policzkiem przywołała go do porządku.

A Punchup at the Wedding.

Zmrożony ślad prowadził na górę, więc podążyliśmy za nim. Piętro wyżej natrafiliśmy na ustawioną na podeście, jakoby w muzeum, jakąś legendarną włócznię oraz na krasnoludziego złodzieja, który wyraźnie był nią zainteresowany. Dae’heron-technobrytan rozbił gablotę nic sobie nie robiąc z pułapek, czym zaskarbił sobie podziw złodzieja, który ochoczo ruszył z nami na wyższe piętra (choć powodem mogła też być zbliżająca się pogoń opętanych szaleńców).

Na kolejnym piętrze dotarliśmy do biblioteki Samiela, całej mocno zmrożonej. Na podłodze leżała siostra Hevara, która – jak się wreszcie dowiedziałem – nazywała się Nieri. Zabarykadowaliśmy się półkami z książkami i wymusiliśmy na Kirofie wyjaśnienie, o co właściwie chodzi i dlaczego jest ona dla niego tak ważna. Okazało się, że Kirof – ksenomanta, przypominam – eksperymentował bardzo niecnie, próbując stworzyć superpotężne demiwidmo na swoje rozkazy. Składały się na niego dusze Hevara oraz czworga z jego służby. Teraz Hevar jest niespokojny i szuka możliwości zemsty na żyjących i jedynym sposobem jest odprawienie rytuału, w którym możemy (ja i Dae) pomóc, ale trzeba dziewczynę dotransportować do dawnej świątyni Rashomona, a po drodze nie może jej się NIC stać. Ani draśnięcia.

2. Przeprawa i wyprawa. (Hail to the Thief.)

Rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu i wyszliśmy na balkon, na którym wisiała w powietrzu brama donikąd, zbudowana z wielkich głazów, na których po elficku wypisana była zagadka. Z pomocą starej księgi, znalezionej i ostrożnie rozmrożonej w bibliotece, oraz mojego talentu poznania języka, udało mi się zagadkę rozwiązać i przemienić bramę w wiszący w powietrzu i ruchomy most z głazów.
Na moście zmieścili się tylko obecni Adepci – ja z drugim krasnoludem, rodzeństwo elfów oraz Kirof, który niósł przewieszoną przez ramię Nieri. Pozostali kultyści oraz Angius pobiegli na wyższe piętra, uchronić się przed nawałnicą demiwidm. My pognaliśmy mostem.

Niestety, po drodze zainteresowały się nami mieszkające pod stropem tej gigantycznej jaskini harpie. Dlaczego nic nie może pójść prosto? Zaatakowało nas ich sześć. Wspólnymi siłami odpieraliśmy ataki kolejnych, choć ja przypłaciłem to potężnym ciosem, który prawie posłał mnie w przepaść. Uratował mnie złodziej. Także Dae mało nie wylądował w jeziorze tych dziesiątki metrów pod nami, bo magia w głazach zaczęła szwankować, ale jemu z kolei pomogła jego siostra. Dae magią iluzji odstraszył całą chmurę następnych harpii, które już do nas nadlatywały, a my wszyscy wreszcie dotarliśmy cało i mniej więcej zdrowo (choć ja i Magrit dosłownie na krawędzi) do jaskini, w której ukryliśmy się za zamkniętymi drzwiami.

Odpoczęliśmy tam kilka godzin, lecząc rany i robiąc rytuały karmiczne, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Kirof ostrzegł, że świątynia znajduje się po drugiej stronie wielkiego korytarza przy Hali Rady, więc będziemy musieli przez niego się przekraść. Zbliżając się jednak wznoszącym się korytarzem do poziomu Hali Rady coraz wyraźniej słyszeliśmy odgłosy zabawy i radości stamtąd dochodzące. Domyśliłem się, że pewnie mieszkańcy Kaeru żegnają wyruszającą właśnie wyprawę na zewnątrz.

Wmieszani w tłum widzieliśmy, jak nasi mistrzowie – T’shrrrt i Mangroth (nie Leldrin jednakowoż) – wśród innych potężnych Adeptów opuszczają Kaer przez ogromne wrota. Wszędzie były okrzyki, śpiewy, tańce i sztuczne ognie (widziałem, jak mój dziadek uświetnia całe zdarzenie pokazem swojej magii). Nie było zbyt trudno w tym ogólnym rozgardiaszu przejść na drugą stronę, więc wkradliśmy się do ruin świątyni bez większych problemów.

3. Krąg Życia, Spirala Śmierci. (It Girl. Rag Doll.)

W świątyni, pod kierownictwem Kirofa, usypaliśmy z magicznej kredy duży krąg, w którym umieściliśmy Nieri, oraz trzy mniejsze, styczne do niego, w których mieliśmy stanąć my. Magrit i Sturatowi (złodziejowi, który w międzyczasie przekazał mi laleczki Angiusa, które tamten mu “dał”, a następnie próbować wycyganić ode mnie jakieś pieniądze) Kirof polecił czekać w oddali, więc przysiedli na cokole posągu Rashomona – wysokiego mężczyzny w szacie. Wśród przygotowań do rytuału próbowałem uspokoić i pocieszyć Nieri. W żadnym wypadku nie zjednało mi to ani grama sympatii jej brata, którego wściekłą twarz wciąż widziałem w przestrzeni astralnej, ale chciałem przynajmniej pomóc jej. Okryłem ją kocem i – ponaglony przez Kirofa – opuściłem krąg.

Little Man being Erased.

Kirof opisał, że nasz rytuał utworzy Krąg Życia, który uwięzi ducha Hevara. Mimo usilnych prób Dae’heronowi nie udało się wykryć w jego słowach fałszu, ale to niekoniecznie znaczyło, że powiedział nam wszystko. Jak się później okazało – część swojego planu pominął. Tymczasem rozpoczęliśmy rytuał, który – jak się wydawało – podziałał dobrze, ale Kirof dodał do niego nowy element. Utopił, mianowicie, całe pomieszczenie w czarnej jak smoła ciemności, po czym… wszedł w krąg, mimo, że nam absolutnie tego zakazał.

Nie było wątpliwości, że zamiary ma niecne. Wyśmiał nas, że łatwo nami mainupulować, a następnie zrobił dwie rzeczy, które w moich oczach (boleśnie ironiczne wyrażenie, z perspektywy czasu) posłały go daleko za granicę przebaczenia. Otworzył, mianowicie, portal do przestrzeni astralnej, przez którą poczęły się wlewać do Kaeru setki gniewnych dusz (choć na razie zatrzymały się one w utworzonym przez nas w rytuale Kręgu Życia), a następnie nachylił się nad Nieri i skręcił jej kark.

Dusze utworzyły nieprzekraczalną barierę między nami a Kirofem, więc nie mieliśmy możliwości powstrzymania go fizycznie ani magicznie. Próbowałem więc przekonać go, że popełnia błąd i wciąż jeszcze może się zatrzymać, zanim przerwie Krąg i wypuści dusze na Pasjom ducha winnych mieszkańców Kaeru, którzy wciąż bawią się na festynie z okazji wymarszu dzielnej drużyny poza Kaer. Niestety, żadna doza rozsądku nie przemówiła do jego szalonego umysłu, i Kirof jednym gestem rozerwał Krąg, a następnie ruszył przez utworzony przez siebie portal. Prawie zmieceni z nóg pod naporem dusz, które wylały się z tej magicznej bańki, ruszyliśmy pod ich prąd i dotarliśmy do portalu. Weszliśmy do przestrzeni astralnej…

4. Astralna sprawiedliwość. (The Boney King of Nowhere.)

Po drugiej stronie ujrzeliśmy nas wykręconą wersję rzeczywistości. Z tej wersji świątyni Rashomona prowadził długi, wznoszący się tunel, na którego końcu biło światło. W jego kierunku ruszył Kirof, a ja za nim. Za mną pozostali – Dae’heron, Magrit, a nawet złodziej, który chyba nie chciał rozstawać się z szansą odzyskania magicznego artefaktu z wieży szpitala. To on dostrzegł, że po tej stronie w miejscu statuy Rashomona stoi ktoś zupełnie inny – potworna, pokryta wrzodami i liszajami bestia z zakrzywionymi rogami. Pod posągiem klęczała i łkała postać, w której Dae rozpoznał mistrza swojego mistrza – samego Samiela, który powtarzał tylko “Oszalał, on oszalał…”. Magrit została zaatakowana przez jedną z dusz, które wciąż zmierzały w kierunku otwartego portalu, a przez niego – do naszego Kaeru, ale jej brat podrzucił jej artefakt, który – jako jedyna broń, którą dysponowaliśmy – mogła wyrządzić jakąś szkodę w przestrzeni astralnej.

Ruszyłem w kierunku światła, chcać zmusić Kirofa do odwrócenia zła, którego dokonał. W biegu utkałem wątek najpotężniejszego czaru, jaki znam – Miażdżącej Woli – z zamiarem zaatakowania nim ksenomanty, ale gdy dotarłem bliżej światła i dostrzegłem, że jego źródłem jest Hevar – a raczej on złączony z czterema innymi, pełnymi gniewu i bólu duszami – który, jak się okazało, nie chce tak łatwo poddać się władzy Kirofa. Ten jakoś nie był w stanie pojąć, dlaczego duchy czterech osób, którym on sam wyciął serca w bluźnierczym rytuale, nie chcą go słuchać. Spróbowałem więc posłać moje przygotowane zaklęcie w Hevara, ale bez efektu. Zapowiadał się więc na potężnego przeciwnika.

Okazał się jednak wspaniałomyślny. Postanowił puścić nas wszystkich wolno, jednak za cenę obydwu oczu i języka od tych, którzy go zabili – mnie i Kirofa. Kirofa byłem gotów oddać mu od razu, ale co do mnie – próbowałem go przekonać, że nie ja jestem winny jego śmierci. Wymieniłem powody zaatakowania go wtedy, w śluzie Angiusa – chodziło mi o sprawiedliwość i chęć oddania go w ręce straży, by był poddany sądowi – ale przypomniałem, że ostateczny cios zadał mu sam Angius, potężnymi drzwiami śluzy. Nie przekonało go to jednak, wciąż chciał zemsty też na mnie. Kirof natomiast błagał o litość i próbował przekonać nas, byśmy zamiast niego oddali Hevarowi złodzieja. Biednego, nikomu nie wadzącego złodzieja, który znalazł się tu z nami całkowicie przypadkiem. Nie, Kirofie, tak nie będzie. Odpowiesz za swoje zbrodnie.

Hevar jednak był nieugięty. Chciał moich oczu. Albo języka. Pogodziłem się już z tym, że bez ofiary się nie obędzie, i byłem gotów oddać mu jedno oko, ale nie obydwa – wciąż miałem nadzieję, że kiedyś opuszczę Kaer i zobaczę zieleń lasów i trawy w świetle prawdziwego słońca. Nie byłem gotów na taką ofiarę. Począłem więc gotować się do walki, a moi towarzysze wraz ze mną.

Nie uszło to uwagi Hevara, który zaatakował pierwszy. Nienawiść czworga jednak musiała wziąć górę nad żądzą zemsty jednego, bo celem pierwszego ataku okazał się ksenomanta, a atak był tak potężny, że prawie go zabił. Moi towarzysze szybko wykorzystali obrót sprawy i rzucili nieprzytomnego Kirofa na żer Hevara i pozostałych dusz. Nie tracili czasu, ale Hevar wciąż chciał ofiary ode mnie. Był gotów odwołać dusze z Kaeru i zamknąć portal, jeśli oddam mu dwoje moich oczu. Wyciągnął ku mnie obie dłonie i czekał na ofiarę. Ja znów byłem już bliski przystania na tę propozycję, kiedy moi przyjaciele przypomnieli Hevarowi o jego siostrze. O tym, jak się nią przez ostatnie godziny opiekowałem, jak próbowałem jej ulżyć w bólu i cierpieniach, jak chciałem jej pomóc i jak zabolała mnie jej niezawiniona śmierć. Te słowa wywołały zamęt wśród dusz Hevara. Wreszcie cofnął on jedną dłoń, a ja podszedłem do niego, oddać się astralnej sprawiedliwości.

S01e05 ofiara

Moje lewe oko wyrwały wszystkie pięć dusz, po czym każda z nich je zmiażdżyła w dłoni. Bolało dziesięciokrotnie, a ja mało nie straciłem przytomności. Potworne dzieło Kirofa rozpłynęło się w przestrzeni, a dusze poczęły wracać z Kaeru ze spuszczonymi głowami. Przyjaciele zabrali mnie spowrotem do naszego świata. Po drodze zebrałem jeszcze laleczki Angiusa, którymi wcześniej bezskutecznie próbowałem przekonać Hevara, że mogę dostarczyć mu jego prawdziwego mordercę. Sturat, wdzięczny, że wbrew namowom Kirofa nie oddaliśmy go duszom na żer, obiecał, że wstawi się za nami u samego Jorana, który okazał się być jego pracodawcą.

Epilog. Posterunek. (Your Time is Up.)

Wróciliśmy do Kaeru. Opuściliśmy świątynię Rashomona (choć chyba już nie możemy go tak nazywać) i dotarliśmy do korytarza w Hali Rady, gdzie przy ognisku ujrzęliśmy nieoczekiwane zgromadzenie: trzech krasnoludzkich rycerzy w zbrojach płytowych, a z nimi Elona oraz sam Joran. “Jesteście”, powiedzieli. “Czekamy na was od dwóch tygodni…”

View
"Wróg wroga mego"
"And the demons wake while the mannequin sleeps"

Guardian of my soul who carried me when it was cold 1

Brond, Urloch i Magrit uciekają korytarzami, za nimi – krasnoludzcy strażnicy. Urloch zaczyna zapadać w hibernację, Magrit musi pomagać go nosić.

Dobiegaja do zamkniętych drzwi na końcu korytarza. Urloch chowa się we wnęce, Magrit nie udaje się sforsować kłódki, więc doganiają ich strażnicy i wywiązuje się walka. Jeden krasnal daje radę ją położyć, ale zaraz ginie od sztyletu rzuconego w kark.

Spowija ich dym, a w dymie – kultyści. Strażnicy uciekają, Magrit też próbuje, ale nadziewa się na jednego krasnoluda, który pada od jej ciosu, ale ona sama też pada z wycieńczenia…

How unwelcome is wisdom then in brings no profit to the wise? 1

Herghest ZielonySiedzimy z Dae’heronem w więzieniu, cela w celę, między nami kraty. Odwiedza nas mój brat i się ze mnie nabija. Gdzieś w innej celi siedzi dziewczyna, która mówi do siebie (albo z kimś rozmawia, ale nie słyszymy drugiej strony konwersacji).

Przychodzi Leldrin i rozmawia z nami (no, głównie z Dae’heronem, bo to stary rasista), wypytuje nas o kultystów i Angiusa, a następnie mówi, że może nam pomóc. Dziewczyna-wariatka (siostra Hevara, młodego kultysty, którego położyłem czarem, a drzwi przywaliły na pierwszej sesji) będzie niedługo przenoszona do wariatkowa pod świątynią Rashomona. Jeśli my damy się przenieść wraz z nią, możemy spróbować czegoś o Horrorze się dowiedzieć. A potem Leldrin uratuje Dae’harona. Mnie może też. Łaskawca. Na odchodznym proszę go, żeby sprowadził, proszę, jeśli to nie za wielki kłopot, mojego dziadka. Pretty please.

Dziadek przychodzi z babcią, a ta za ucho ciągnie braciszka, każe mu mnie przeprosić, i rugają go za zachowanie wobec rodziny. Brat przeprasza, ciskając z oczu gromy. Potem, na osobności, mówię dziadkowi o planie z wariatkowem (Dae’haron zagłusza rozmowę wrzaskami o horrorze, co by nas uznali za świrów) i żeby mnie stamtąd wydostał, gdyby Leldrin jednak o mnie “zapomniał”. Amarok mówi mi jeszcze, że wyprawa poza Kaer rusza dosłownie na dniach.

Standing over me the good and bad that go unseen Influence and lull me into false security 1

Magrit jest u kultystów. Angius ja uratował. Kirof nie jest szczęśliwy. Jakiś kultysta jej wyjawia sekrety – że jest tu kapliczka horrora Nienawiści, a oni sie przygotowują do akcji odbicia ich kumpeli z wariatkowa, bo nie udał jej się “skok”.

Angius w kapliczce. Lepi laleczki z porcelany (normalne! nawet ładne, tylko trochę creepy, ale nie jakieś wykręcone przez skażenie Horrorem). Mówi Magrit, że jest jedną z nich i będzie im pomagać. Jest już zmęczony tym, że Horror przychodzi tylko do niego, a nie do innych. Kirof by chciał, żeby do niego przychodził, ale przychodzi tylko do Angiusa i mówi mu straszne rzeczy, i o jego rodzinie, którą gdzieś przetrzymuje.

A dziewczynę Pasji ducha winną dobrze by było uratować z tego wariatkowa.

Kirof wydaje się nie wierzyć w Nienawiść. Twierdzi, że wszystko wskazuje, że Horror jest, ale Angius na pewno nie jest nim spaczony. Kirof potrzebuje dziewczyny, tak, jak wcześniej potrzebował jej brata.

Locked alone in this white padded cell, no one can hear you so go ahead and yell 1

Przypływamy łodzią płaskodenną do wariatkowa. Są to trzy sześciokątne wieże na pilarach wystających z podziemnego jeziora w gargantuicznej jaskini. Wypełniają je “doktorzy” w szerokich kapeluszach i z dziobami (ale nie t’skrangi). Płynie z nami siostra Hevara (nie podłapaliśmy jej imienia). Znów gada do siebie (“Tak, to oni. Jeszcze chwilę.”) Bije od niej chłód.

Dzioby

Gdy nas wprowadzają do środka, doktorzy szeptają między sobą, że coraz więcej ostatnio zsyłają im tych wariatów.

Dostajemy z Dae’heronem celę razem. Nie wiem, co za debile nas razem posadzili, ale dobra. Coraz bardziej lubię tego gościa – wreszcie ktoś na moim poziomie. Dyskutujemy o Horrorze i wymyślamy kilka w miarę sensownych teorii (on coraz bardziej nie ufa swojemu mistrzowi). Siostra Hevara siedzi w celi po drugiej stronie korytarza – widzimy przez lufcik jej lufcik (no funny business!)

Dae’heron wyczaja, że przy siostrze Hevara jest zbliżenie zfer – dużo cieńsza ściana między przestrzenią naszą a astralną. Ja z kolei spoglądam w przestrzeń astralną i dostrzegam demi-widma – rozgniewane dusze, które przyczepiają się do żyjących. Takich dusz jest w tym wariatkowie pełno, biegają lub snują się po korytarzach, ale najwięcej ich skupia się wokół siostry Hevara – jedną z nich jest sam Hevar, który sprawia wrażenie z nią wręcz stopionego, i patrzy na mnie z furią. Chyba ma mi za złe, że go zabiłem, ale to nie ja, tylko drzwi Angiusa.

Dusze są podekscytowane, jakby na coś czekały. Krzyczą, a razem z nimi wrzeszczą pacjenci zakładu. Potem się uspokaja, a siostra Hevara siedzi i mamrocze “Zimno, tak zimno…”

But who is this enemy unseen? The face that hides behind the masquerade? 1

Magrit rusza z 4 kultystami (Kirof, Angius, wielki łysy i jeszcze jeden) łodziami płaskodennymi do wariatkowa. W międzyczasie Magrit ich nakarmiła i ponaprawiała im broń i ekwipunek. Gdy oni się zbliżają, w wariatkowie szał. Wśród demi-widm się przerzedziło, wiele zaczyna atakować i przejmować żyjących (głównie doktorów) i otwierać cele. Do naszej wpada jeden z doktorów z poderżniętym gardłem, a za nim – wielki wariat, który nas wypuszcza. Demi-widmo jakiejś staruchy zaczyna animować doktora. Uciekamy. Po drodze zaglądamy do celi siostry Hevara – nie ma jej tam. Cała cela jest zmrożona, a w przestrzeni astralnej widzimy pozostałości po jakimś portalu.

Ruszamy więc w kierunku wyjścia z tego miejsca, a w tym samym czasie do przystani dobija łódź z siostrą Dae’herona i kilkoma zupełnie nieprzewidzianymi sprzymierzeńcami…


1 Talgine i śródtytuły pochodzą z piosenki Pendragona Guardian of my Soul

View
Prawo i (Nie)Sprawiedliwość
"Your time has come to pick the road, your walk in this tale"

PRASÓWKA: We Floranuusie piszą, że złapali groźnego przywódcę kultu – wielkiego, czarnego Obsydianina. Piszą też, że Joran, rzecznik prasowy Rady Kaeru, ogłosił, że rozpatrywana jest nowa ekspedycja na powierzchnię. Leldrin nie jest zachwycony, uważa, że to szaleństwo. Pozostali nasi mistrzowie zaś są dość zainteresowani.

Śledztwo

Tymczasem Urloch siedzi w ciupie w Khar-Rhuz, a do nas odezwał się Brelduin, który próbował zrobić research o Horrorze, ale okazało się, że z inner sanctuum w bibliotece Gildii Magów, gdzie trzymają najcięższe i najmroczniejsze grimułary, ktoś podpierdolił z serii ksiąg o horrorach tom N-O, czyli ten o Nienawiści. Z tego, co Brelduin pamięta (on ostatni pożyczył tą księgę jakieś 70 lat temu, o czym poinformował nas najbardziej zorganizowany na świecie bibliotekarz Xond, głosiciel pasji Erendis; jak ona nie oszalała od tego porządku to ja nie wiem…), Nienawiść niszczy całe miasta poprzez tworzenie frakcji i manipulowanie nimi, żeby sobie nie ufały i się napierdalały, bo horror żywi się, wyobraźcie sobie, nienawiścią, żądzą zemsty, podejrzeniami itp.

Tworzy też Jehuthry, takie spajdermeny niefajne. To taki jego footprint.

Brelduin pamięta jeszcze historię z gazet sprzed jakichś 15 lat o pewnym garncarzu z Okoros, który widział białą postać, stracił rodzinę, zakład, wszystko, aż słuch o nim zaginął. Nazywał się Angius. COINCIDENCE? I THINK NOT.

Anyway, Brelduin rzucił ciekawą teorię wartą zapisania: może to wcale nie Nienawiść, tylko ktoś (kto np. podpieprzył księgę i wie, jak Nienawiść działa) się pod nią podszywa? Żeby np. wzbudzić strach przed horrorem wewnątrz kaeru, żeby otworzyć drzwi na zewnątrz? Albo coś?

Pogaduchy

Poszedłem z tym wszystkim do mojego mistrza, który strasznie chciał słuchać o Khandifie (który, wszystko na to wskazuje, planuje sprzedawać Theranom Barsawian jako niewolników po wyjściu na zewnątrz, tak bajdełej), ale nie dałem się zbić z tropu i trzymałem się tematu horrora. T’schrrt upiera się, że to niemożliwe, żeby w kaerze był horror, bo jest taka sala pod Halą Rady, Azum-Ka, w której steruje się ochroną kaeru, i z tego, co on wie (ale pewny nie jest, bo nie ma tam wstępu, bo nie jest w Radzie Gildii, więc może byśmy poszli i obalili Khandifa, co?), żadne runy ochronne czy inne zabezpieczenia nie są naruszone.

Uparłem się, że jest horror i są dowody, i postanowiłem go zabrać ze sobą do komnaty w więzieniu pod Halą Rady, gdzie przetrzymywali Angiusa zanim przepadł. Nie było tam już jednak żadnych śladów.

Spotkała się tam cała drużyna (w międzyczasie Dae’Haron poszedł do Leldrina, który obiecał zebrać Radę; Magrit odwiedziła swojego Mistrza, a Brond – swojego brata) i gdy wychodziliśmy okazało się, że na jutro w samo południe + 3 bicia dzwonów została wyznaczona egzekucja Urlocha (nie tracą czasu). Poza tym w prasie była też informacja, że także mistrz Magrit i Bronda (chyba?) zgłosili się jako chętni do wyjścia poza kaer. Mój mistrz zdradził, że on też by chciał.

Egzekucja

Tymczasem poszliśmy do Khar Rhuz zobaczyć się z moim dziadkiem, ale przy bramie okazało się, że telewizja kłamie i egzekucja jest dzisiaj, teraz, zaraz. Pognaliśmy więc spróbować uratować Urlocha.

Najpierw spróbowaliśmy nieletalnie – Dae’Haron się podszywał pod przywódcę Khar Rhuzu, a ja próbowałem przegadać sierżantkę. Nie udało się, a wręcz kazała ona swoim dwóm podwładnym mnie zatrzymać (jednym z nich był mój ukochany braciszek sadysta). Ponieważ kat już unosił topór, nie było czasu dłużej gadać. Lynx próbowała trafić kata sztyletem w nogę (bez sukcesu), a ja poprawiłem umysłowym (z sukcesem). And then… all hell broke loose…

Tadeusz potężnie użarł kata, przebijając się aż przez deski podestu, Brond rozerwał bratu więzy, Dae’Haron umiejętnie z ukrycia związał magicznie dwóch strażników (w tym sierżantkę), a Lynx siekała wszystkich z powietrza. Ja oberwałem mocno od brata (znowu…), dopóki nie uratowała mnie Magrit. Urloch przyłożył jednemu strażnikowi, co okazało się zgubne, bo biedak się wykrwawił.

Tłum podniósł alarm i trzeba było zdecydować, czy dalej walczymy, czy się wycofujemy, czy też poddajemy, co radził mój mistrz, który przyszedł do nas z okrzykiem “STOP THE MADNESS”! Brond, Urloch i Magrit rzucili się do ucieczki i po przygodach udało im się skryć w tunelach. Dae’Harona wydał ktoś z tłumu i został on przywalony sześcioma krasnoludami. Lynx uratował z opałów jej mistrz, a ja uniosłem ręce i oddałem się w ręce władz. Choć władze bały się nawet do mnie podejść.

Co dalej?

(wpisujcie, co planujecie, drużyno)

Herghest

Mistrz chciał zrobić przewrót przy pomocy informacji, które wykopałem, a mnie w tej chwili posiadanie kogoś przyjaznego w Radzie bardzo się przyda. Zwłaszcza, że T’schrrt chciał to zrobić nie-wprost, czyli nie wbijać się wprost na stanowisko Khandifa, tylko zainstalować tam kogoś neutralnego, kto po niedługim czasie abdykuje. Może mojego dziadka, Amaroka? (Tylko ja wiem, że Amarok też by chciał być w radzie, a mój mistrz jest jakiś podejrzany ostatnio i chyba wolałbym, żeby mój dziadek był w radzie).

Anyway, jeśli mnie odwiedzą, mistrzowi przekażę dokumenty, a dziadka namówię, żeby pomógł T’schrrtowi i w ten sposób zdobył stanowisko (choć moim zdaniem wcale abdykować nie musi).

A tymczasem, gdyby mnie czekały jakieś przesłuchania czy rozprawy, będę jechał po linii obrony (argumentując z pomocą Zdumiewających Popisów Logicznego Myślenia), że ja tam przyszedłem zatrzymać egzekucję Obsydianina, któremu nie udowodniono winy (a ja wręcz miałem dowody jego niewinności i słowo Elony za sobą, poza tym przecież sam walczyłem z kultystami, złapałem ich przywódcę, a potem Urloch sam z nimi walczył, więc what the fuck?) I ja nikogo nie atakowałem nie sprowokowany (to na mnie rzucił się mój braciszek-sadysta, POLICE BRUTALITY, MAN!)

Brond

…this space for rent…

Dae’Haron

Iluzjonista! Pojmany! Przez kurduple!
Pepper spray cop meme 15

Jak 200 lat chodzę po tym świecie, takiej zniewagi nie zaznałem.
Krasnale dały się podjudzić nagromadzonej masie. Ta rasa chyba nigdy nie zrozumie na czym polega prawdziwe postrzeganie świata. Patrzą, a nie widzą. Wsadzili mnie do ciupy jak podrzędnego kopacza złota. Niech się tylko Leldrin o tym dowie… Ale dostanę ochrzan.
No nic. Pozostało czekać na ruch mojego mistrza. Na pewno nie pozwoli, żebym siedział w krasnoludzkim więzieniu. Jakoś mnie wyciągnie, mam nadzieję, że pokojowo. (Każdy kto wie kim on jest wolał by załatwiać z nim sprawy pokojowo.) Jeśli mikrusy zdążą zorganizować coś na kształt sądu(Choć jak widać po tej feralnej egzekucji, moralność mają na tym samym poziomie co uszy.) to będę się wypierał, że tylko tam stałem. Głos krzyknięty z tłumu to nie skazujący dowód. Nikt z strażników nie widział mojej prawdziwej twarzy i nie powinien mnie rozpoznać(Tak samo będę się wypierał, że umiem ja zmienić. Każdy inny przywołany przez nich iluzjonista też powinien potwierdzić, że to zaawansowana potwornie trudna sztuka, tylko dla najlepszych z nas, a tak w ogóle to praktycznie niemożliwe.(Oczywiście każdy z nich jest na tyle potężny i zaawansowany. W końcu nie da się spotkać kiepskich iluzjonistów)). Jak się zapytają czemu uciekałem. Powiem im iż każdy szanujący się Elf zaczyna uciekać na widok szarży uzbrojonego tłumu brodatych liliputów. (Na prawdę. Nie jest to wielka logika czy magiczna sztuka. Wystarczy mieć np. zmysł powonienia.)

Jak się wydostanę, postaram się pomóc Herghestowi w wyjściu na wolność. Potem zrobię wszystko co w mojej mocy żeby przekonać, najpierw Leldrina, potem Herghesta do mojej teorii. Nasz Kaer został nawiedzony przez Horror’a nienawiści. Jestem tego pewien. Przypadkowo Nienawiść dostała się za nasze mechanizmy obronne i została zamknięta w środku. Możliwe, że stało się to podczas wyprawy mojego mistrza, nie istotne. Teraz magia naszych tarcz dalej działa i cholerstwo nie może się wydostać na zewnątrz. Sieje tylko mały zamęt, żeby nie umrzeć z głodu. Jak by nas zabiła, już nigdy nie miała by możliwości opuszczenia swojego wiezienia. Oni powinni pomóc przekonać radę. Tylko nie wiem co z tą wiedzą potem zrobić? Może oni już wiedzą? Albo będziemy się trzymać z Horrorem w szachu i już nigdy nie otworzymy Kaeru. Albo możemy liczyć na to, że sobie pójdzie w cholerę jak wyślemy ekspedycję na zewnątrz.
A ja siedzę w celi…
Po drodze wypadało by oczyścić dobre imię mojej siostry i reszty ekipy. Bezpieczniej jak by się skryli w lasach Shal’Minar. Kransnoludzkie korytarze to nie miejsce dla kogoś powyżej 160 cm wzrostu.

Lynx

…this space for rent…

Magrit

…this space for rent…

View
W Płonącej Wieży
"Into the fire and into the fight - well, that's the way the heroes go!"

…przeciskamy się przez tłum przed płonącą posiadłością Kirofa. Rany! Czuję, jakbyśmy miesiąc się przeciskali…

No, ale jesteśmy. Dom płonie, a wokół niego, rzecz jasna, gapie i straż. Ale na dachu jednego z budynków nieopodal dostrzegamy znajomą mordę i przylizane włoski Angiusa. Zaraz potem dookoła wybuchają łajnobomby i wśród tłumu lądują kultyści – troll, elf, ork i para ludzi. Po jednym dla każdego! Zaczyna się jatka.

Wąż Tadeusz gryzie w nogę kobietę, za co obrywa dość poważnie (umiera, w sensie). Jakby tego było mało, naBronda rzuca się zarówno ona, jak i jej facet oraz troll. Herghest ucieka do niecki w murze, z które stara się ustrzelić z Runomiotu elfa, ale ten go tam dopada i przypiera do muru. Lynx odwraca uwagę długouchego, a Herghest – do trzech razy sztuka – jednym zajebistym strzałem posyła go na podłogę. Tiny five! Magrit walczy z Orkiem, pomaga jej braciszek, wspólnie udaje im się go załatwić.

Na odsiecz przybywa ekipie mistrz naszej wojowniczki i brat naszego kamerdulca. Na odsiecz kultystom za to przybywa ich cały oddział, ale nasza kawaleria powiedziała, że da sobie z nimi radę, a my lećmy do domu Kirofa.

Na trawniku witają nas dwa dobermany, ale Bront i Lynx pokojowo ich unieszkodliwiają. Następnie mała (Lynx) otwiera zamek, a większa (Magrit) otwiera drzwi, po czym zostaje powalona przez potężny Ognisty Podmuch. Wszyscy mają opory przed wejściem, więc najtchórzliwszy krasnolud Herghest włazi odważnie pierwszy… czego mało nie przypłaca życiem, gdy na głowę spada mu szczapa płonącego drewna. Na szczęście Bront i Magrit rzucają mi się na ratunek.

W korytarzu prowadzącym do wieży na spotkanie wybiega nam płonący służący (heh, that rhymes!) Gasimy go i uwalniamy heroicznie resztę służmy, związanej i zamkniętej w jednym z bocznych pokoi. Następnie wkraczamy do wieży.

Wszyscy znowu dywagują nad tym, jak wejść po płonących, drewnianych schodach (a może po linie? a może łańcuchu? a mamy pilniczek? na miłość Pasji, MOVE YOUR ASSES, PEOPLE, THE HOUSE IS ON FIRE!), więc znowu najtchórzliwszy krasnolud pierwszy wbiega po schodach, pomagając sobie termowizją, żeby się nie poparzyć (za bardzo). Za nim wbiega, a wręcz wtańcowuje z gracją po płomieniach, Magrit. Jej brat nie miał już tyle szczęścia i musiał mi pomóc Brond. Zaraz, a jak właściwie on wlazł na piętro?…

Aaaanyway, na piętrze czekał na nas golem, ale Dae’Haron się przemienił w Kirofa (bazując na obrazie na ścianie) i golem nas przepuścił.

Na drugim piętrze znaleźliśmy kilka pokoi z magicznymi itemkami (znowu najtchórzliwszy krasnolud sięgnął po nie jako pierwszy… tym razem przypłacając to chwilowym paraliżem. Ale nazwie mnie ktoś teraz ostrożnym, to strzelę w ryj. Z bezpiecznej kryjówki w oddali, rzecz jasna ;), paroma eliksirami oraz stołem, na którym szalony Kirof ekstraktował z umierających w cierpieniach ofiar (swojej służby, głównie) jakąś substancję o nazwie Vitae.

Poszliśmy jeszcze pięrto wyżej. W sali podejrzanie mniejszej niż poprzednie zobaczyliśmy zamykający się portal (znowu Mądry Herghest wyczaił, co to i do czego służy), a w ścianie odkryliśmy bluźnierczy ołtarz Nienawiści, na której na srebrnej tacy leżało serce ostatniej ofiary Kirofa. Portal zaczął się zachowywać w sposób który mógł oznaczać tylko jedno – ZARAZ WSZYSTKO PIERDOLNIE. Mężny Herghest pierwszy rzucił się do ucieczki i dlatego tylko jego eksplozja nie wyjebała przez okno (spadłem tylko ze schodów). Wszyscy pozostali zaryli w grunt, Brond pozostawił nawet mały krater.

Na koniec Brond ożywił Tadeusza eliksirem ostatniej szansy, a potem przyszła straż aresztować nas (a głównie Bronda) za morderstwo na polance. W ogólnym zamieszaniu zabrał głos jego brat, który ogłosił, że to on zabił, więc straż zostawiła nas w spokoju i zajęła się nim.

Coś czuję, że ktoś tu będzie musiał Zdumiewająco Pokazać Logiczne Myślenie…

PS. Tagline odcinka pochodzi z piosenki Genesis Dance on a Volcano

View
CSI: Shal'Minar
"Dig yourself, Lazarus, dig yourself back in that hole!"

Prolog

Jest taki las w Shal’Minarze, gdzie wietrzniaki niechętnie się zapuszczają. Powiadają, że mieszka tam wiedźma i małe skrzydlate stworzenia stamtąd nie wracają…

Zapuściła się tam nasza złodziejka, Lynx, wieczorową porą. I zobaczyła przerażającą scenę: jeden mężczyzna wycinał sztyletem na ciele drugiego, leżącego pod drzewem, mroczne znaki. Złodziejka spojrzała w przestrzeń astralną i dojrzała trzecią, potężną postać, człekokształtną, ale z wieloma mackami wyrastającymi z pleców. Postać dostrzegła też złodziejkę, która starała się uciec, ale unieruchomił ją potężny ból.

A może tylko się to jej śniło?


Shal’Minar. Wezwał nas naczelnik Asandel. Mówi, że nawet udało nam się zrobić dobre wrażenie tydzień temu w Khar Rhuz. Teraz przyszły krasnale i poszukują ksenomanty, który zaginął – Kirofa Siwobrodego, ucznia Brelduina z Khar Rhuz.

Najpierw poszliśmy pogadać z Eloną z Gildii Magów – ludzką ksenomantką z lasu w Shal Minarze (która prowadza się z Khandifem z Rady Magów, konkurentem T’Schrrta). Po drodze dowiedzieliśmy się, że na polance w tym lesie miało miejsce morderstwo – głosiciel Mynbruje został zmaltretowany. Mądry Herghest Zielony wyczuł, że na tym miejscu używana była magia iluzyjna 4 kręgu. Elona powiedziała, że Kirof zaginął nawet dawniej, bo chyba ze dwa tygodnie go nie widziała.

Postanowiliśmy więc odwiedzić jego dawnego mistrza, Beldruina, który urzęduje pod pompownią w Khar Rhuz. Zmiażdżyliśmy jego ochronę (w postaci siódemki nieumarłych), a on sam powiedział, że nam pomoże, jeśli sprowadzimy do niego jego podopiecznego technozombiebrytana o imieniu Puszek.

Poszliśmy więc za nim (ja nie chciałem, bo tam ciemno, zimno, nieprzyjemnie, ale beze mnie i moich Żelaznych Pięści by sobie nie dali rady, więc ostatecznie poszedłem) w czeluście nekropolii. Puszek wybrał sobie za preciwnika do honorowej walki Magrit Sallah, która powaliła go z pomocą mojej magii. Zawlekliśmy go z powrotem, a Beldruin opowiedział mi o swoim zaginiętym uczniu.

Kirof, jak się okazało, zadawał się z jakimiś zakapturzonymi postaciami, pewnie kultystami, i wykazywał niezdrowe pożądanie mocy. A znak, jaki znaleźliśmy tu i ówdzie (np. na drzewie na polanie albo na zmasakrowanym ciele głosiciela Mynbruje) to znak horrora o wdzięcznym imieniu Stefan… znaczy się, Nienawiść.

Postanowiliśmy odwiedzić jeszcze Angiusa w więzieniu w Khar Rhuz, ale całe było skażone obecnością Horrora i puste – ani śladu straży ani kultysty, a jego cela to prawdziwy Room Full Of Crazy, z ładną reprodukcją horrora na ścianie.

Kolejnym celem naszej zabawy w Detektywów z Kaeru będzie posiadłość samego Kirofa w Okoros, ale już z daleka widzieliśmy nad nim łunę pożaru. Zaczęliśmy przeciskać się przez tłum…

View

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.