Wiek Legend

Twarze wykrzywione gniewem

"Ice age coming, ice age coming, women and children first..."

W poprzednim odcinku:
* Aresztowani magowie Herghest (czarodziej, krasnolud) i Dae’heron (iluzjonista, elf) zostali przeniesieni do luksusowego kurortu dla umysłowo pieprzniętych w Trzech Wieżach pod świątynią Rashomona. Czy naprawdę są szaleni, czy to tylko skomplikowany plan uzyskania informacji o kulcie Horrora Nienawiści od zamkniętej w sąsiedniej celi kultystki o wątpliwej poczytalności?
* Wojowniczka Magrit Sallah znajduje sprzymierzeńców w nieoczekiwanym miejscu – wśród kultystów Horrora, którzy przekonują ją, by pomogła im odbić swoją pobratymczynię ze szpitala dla umysłowo chorych. Czy Magrit może ufać swoim niedawnym przeciwnikom?

Niesamowity finał pierwszego sezonu “Earthdawn: Wieku Legend” już dziś wieczorem! Nie przegap!


1. Ratownicy i ratowani. (As Dead as Leaves.)

Choć Magrit i jej weseli, najedzeni i uzbrojeni kultyści biegną do nas po spiralnych schodach, pokonując piętro za piętrem, my (Herghest i Dae’Haron) całkiem nieźle radzimy sobie sami. Po tym, jak już zamknąłem opętanego demiwidmem lekarza (a raczej jego truchło) w naszej niedawnej celi, ruszyliśmy śladem siostry Hevara. Pozostawiła ona po sobie oblodzoną i oszronioną ścieżkę, prowadzącą do wielkich, zamrożonych drzwi. Dae’heron przywdział komplet iluzji, przez co wyglądał jak zombitechnoniedźwiedź z płonącymi rękami, którymi bez trudu wywalił drzwi z zawiasów.

Po drugiej stronie natrafiliśmy na pięć innych zamrożonych ciał, do niedawna należących do lekarzy i pacjentów zakładu, a obecnie opętanych i animowanych przez demiwidma. Uwagę ich od nas odwróciła kompania ratunkowa, która zwarła się z nimi w starciu. W walce straciliśmy jedynie jednego kultystę – wielkiego łysola zamrożonego na śmierć przez zombiwidmo. Przeciwników roznieśliśmy wspólnymi siłami. Angius z nadmiaru wrażeń schował się w kącie i popadł w katatonię, a Kirof z bojowego rozpędu (czy aby na pewno?) zaatakował też Dae’herona, ale jego siostrzyczka solidnie wymierzonym policzkiem przywołała go do porządku.

A Punchup at the Wedding.

Zmrożony ślad prowadził na górę, więc podążyliśmy za nim. Piętro wyżej natrafiliśmy na ustawioną na podeście, jakoby w muzeum, jakąś legendarną włócznię oraz na krasnoludziego złodzieja, który wyraźnie był nią zainteresowany. Dae’heron-technobrytan rozbił gablotę nic sobie nie robiąc z pułapek, czym zaskarbił sobie podziw złodzieja, który ochoczo ruszył z nami na wyższe piętra (choć powodem mogła też być zbliżająca się pogoń opętanych szaleńców).

Na kolejnym piętrze dotarliśmy do biblioteki Samiela, całej mocno zmrożonej. Na podłodze leżała siostra Hevara, która – jak się wreszcie dowiedziałem – nazywała się Nieri. Zabarykadowaliśmy się półkami z książkami i wymusiliśmy na Kirofie wyjaśnienie, o co właściwie chodzi i dlaczego jest ona dla niego tak ważna. Okazało się, że Kirof – ksenomanta, przypominam – eksperymentował bardzo niecnie, próbując stworzyć superpotężne demiwidmo na swoje rozkazy. Składały się na niego dusze Hevara oraz czworga z jego służby. Teraz Hevar jest niespokojny i szuka możliwości zemsty na żyjących i jedynym sposobem jest odprawienie rytuału, w którym możemy (ja i Dae) pomóc, ale trzeba dziewczynę dotransportować do dawnej świątyni Rashomona, a po drodze nie może jej się NIC stać. Ani draśnięcia.

2. Przeprawa i wyprawa. (Hail to the Thief.)

Rozejrzeliśmy się po pomieszczeniu i wyszliśmy na balkon, na którym wisiała w powietrzu brama donikąd, zbudowana z wielkich głazów, na których po elficku wypisana była zagadka. Z pomocą starej księgi, znalezionej i ostrożnie rozmrożonej w bibliotece, oraz mojego talentu poznania języka, udało mi się zagadkę rozwiązać i przemienić bramę w wiszący w powietrzu i ruchomy most z głazów.
Na moście zmieścili się tylko obecni Adepci – ja z drugim krasnoludem, rodzeństwo elfów oraz Kirof, który niósł przewieszoną przez ramię Nieri. Pozostali kultyści oraz Angius pobiegli na wyższe piętra, uchronić się przed nawałnicą demiwidm. My pognaliśmy mostem.

Niestety, po drodze zainteresowały się nami mieszkające pod stropem tej gigantycznej jaskini harpie. Dlaczego nic nie może pójść prosto? Zaatakowało nas ich sześć. Wspólnymi siłami odpieraliśmy ataki kolejnych, choć ja przypłaciłem to potężnym ciosem, który prawie posłał mnie w przepaść. Uratował mnie złodziej. Także Dae mało nie wylądował w jeziorze tych dziesiątki metrów pod nami, bo magia w głazach zaczęła szwankować, ale jemu z kolei pomogła jego siostra. Dae magią iluzji odstraszył całą chmurę następnych harpii, które już do nas nadlatywały, a my wszyscy wreszcie dotarliśmy cało i mniej więcej zdrowo (choć ja i Magrit dosłownie na krawędzi) do jaskini, w której ukryliśmy się za zamkniętymi drzwiami.

Odpoczęliśmy tam kilka godzin, lecząc rany i robiąc rytuały karmiczne, po czym ruszyliśmy w dalszą drogę. Kirof ostrzegł, że świątynia znajduje się po drugiej stronie wielkiego korytarza przy Hali Rady, więc będziemy musieli przez niego się przekraść. Zbliżając się jednak wznoszącym się korytarzem do poziomu Hali Rady coraz wyraźniej słyszeliśmy odgłosy zabawy i radości stamtąd dochodzące. Domyśliłem się, że pewnie mieszkańcy Kaeru żegnają wyruszającą właśnie wyprawę na zewnątrz.

Wmieszani w tłum widzieliśmy, jak nasi mistrzowie – T’shrrrt i Mangroth (nie Leldrin jednakowoż) – wśród innych potężnych Adeptów opuszczają Kaer przez ogromne wrota. Wszędzie były okrzyki, śpiewy, tańce i sztuczne ognie (widziałem, jak mój dziadek uświetnia całe zdarzenie pokazem swojej magii). Nie było zbyt trudno w tym ogólnym rozgardiaszu przejść na drugą stronę, więc wkradliśmy się do ruin świątyni bez większych problemów.

3. Krąg Życia, Spirala Śmierci. (It Girl. Rag Doll.)

W świątyni, pod kierownictwem Kirofa, usypaliśmy z magicznej kredy duży krąg, w którym umieściliśmy Nieri, oraz trzy mniejsze, styczne do niego, w których mieliśmy stanąć my. Magrit i Sturatowi (złodziejowi, który w międzyczasie przekazał mi laleczki Angiusa, które tamten mu “dał”, a następnie próbować wycyganić ode mnie jakieś pieniądze) Kirof polecił czekać w oddali, więc przysiedli na cokole posągu Rashomona – wysokiego mężczyzny w szacie. Wśród przygotowań do rytuału próbowałem uspokoić i pocieszyć Nieri. W żadnym wypadku nie zjednało mi to ani grama sympatii jej brata, którego wściekłą twarz wciąż widziałem w przestrzeni astralnej, ale chciałem przynajmniej pomóc jej. Okryłem ją kocem i – ponaglony przez Kirofa – opuściłem krąg.

Little Man being Erased.

Kirof opisał, że nasz rytuał utworzy Krąg Życia, który uwięzi ducha Hevara. Mimo usilnych prób Dae’heronowi nie udało się wykryć w jego słowach fałszu, ale to niekoniecznie znaczyło, że powiedział nam wszystko. Jak się później okazało – część swojego planu pominął. Tymczasem rozpoczęliśmy rytuał, który – jak się wydawało – podziałał dobrze, ale Kirof dodał do niego nowy element. Utopił, mianowicie, całe pomieszczenie w czarnej jak smoła ciemności, po czym… wszedł w krąg, mimo, że nam absolutnie tego zakazał.

Nie było wątpliwości, że zamiary ma niecne. Wyśmiał nas, że łatwo nami mainupulować, a następnie zrobił dwie rzeczy, które w moich oczach (boleśnie ironiczne wyrażenie, z perspektywy czasu) posłały go daleko za granicę przebaczenia. Otworzył, mianowicie, portal do przestrzeni astralnej, przez którą poczęły się wlewać do Kaeru setki gniewnych dusz (choć na razie zatrzymały się one w utworzonym przez nas w rytuale Kręgu Życia), a następnie nachylił się nad Nieri i skręcił jej kark.

Dusze utworzyły nieprzekraczalną barierę między nami a Kirofem, więc nie mieliśmy możliwości powstrzymania go fizycznie ani magicznie. Próbowałem więc przekonać go, że popełnia błąd i wciąż jeszcze może się zatrzymać, zanim przerwie Krąg i wypuści dusze na Pasjom ducha winnych mieszkańców Kaeru, którzy wciąż bawią się na festynie z okazji wymarszu dzielnej drużyny poza Kaer. Niestety, żadna doza rozsądku nie przemówiła do jego szalonego umysłu, i Kirof jednym gestem rozerwał Krąg, a następnie ruszył przez utworzony przez siebie portal. Prawie zmieceni z nóg pod naporem dusz, które wylały się z tej magicznej bańki, ruszyliśmy pod ich prąd i dotarliśmy do portalu. Weszliśmy do przestrzeni astralnej…

4. Astralna sprawiedliwość. (The Boney King of Nowhere.)

Po drugiej stronie ujrzeliśmy nas wykręconą wersję rzeczywistości. Z tej wersji świątyni Rashomona prowadził długi, wznoszący się tunel, na którego końcu biło światło. W jego kierunku ruszył Kirof, a ja za nim. Za mną pozostali – Dae’heron, Magrit, a nawet złodziej, który chyba nie chciał rozstawać się z szansą odzyskania magicznego artefaktu z wieży szpitala. To on dostrzegł, że po tej stronie w miejscu statuy Rashomona stoi ktoś zupełnie inny – potworna, pokryta wrzodami i liszajami bestia z zakrzywionymi rogami. Pod posągiem klęczała i łkała postać, w której Dae rozpoznał mistrza swojego mistrza – samego Samiela, który powtarzał tylko “Oszalał, on oszalał…”. Magrit została zaatakowana przez jedną z dusz, które wciąż zmierzały w kierunku otwartego portalu, a przez niego – do naszego Kaeru, ale jej brat podrzucił jej artefakt, który – jako jedyna broń, którą dysponowaliśmy – mogła wyrządzić jakąś szkodę w przestrzeni astralnej.

Ruszyłem w kierunku światła, chcać zmusić Kirofa do odwrócenia zła, którego dokonał. W biegu utkałem wątek najpotężniejszego czaru, jaki znam – Miażdżącej Woli – z zamiarem zaatakowania nim ksenomanty, ale gdy dotarłem bliżej światła i dostrzegłem, że jego źródłem jest Hevar – a raczej on złączony z czterema innymi, pełnymi gniewu i bólu duszami – który, jak się okazało, nie chce tak łatwo poddać się władzy Kirofa. Ten jakoś nie był w stanie pojąć, dlaczego duchy czterech osób, którym on sam wyciął serca w bluźnierczym rytuale, nie chcą go słuchać. Spróbowałem więc posłać moje przygotowane zaklęcie w Hevara, ale bez efektu. Zapowiadał się więc na potężnego przeciwnika.

Okazał się jednak wspaniałomyślny. Postanowił puścić nas wszystkich wolno, jednak za cenę obydwu oczu i języka od tych, którzy go zabili – mnie i Kirofa. Kirofa byłem gotów oddać mu od razu, ale co do mnie – próbowałem go przekonać, że nie ja jestem winny jego śmierci. Wymieniłem powody zaatakowania go wtedy, w śluzie Angiusa – chodziło mi o sprawiedliwość i chęć oddania go w ręce straży, by był poddany sądowi – ale przypomniałem, że ostateczny cios zadał mu sam Angius, potężnymi drzwiami śluzy. Nie przekonało go to jednak, wciąż chciał zemsty też na mnie. Kirof natomiast błagał o litość i próbował przekonać nas, byśmy zamiast niego oddali Hevarowi złodzieja. Biednego, nikomu nie wadzącego złodzieja, który znalazł się tu z nami całkowicie przypadkiem. Nie, Kirofie, tak nie będzie. Odpowiesz za swoje zbrodnie.

Hevar jednak był nieugięty. Chciał moich oczu. Albo języka. Pogodziłem się już z tym, że bez ofiary się nie obędzie, i byłem gotów oddać mu jedno oko, ale nie obydwa – wciąż miałem nadzieję, że kiedyś opuszczę Kaer i zobaczę zieleń lasów i trawy w świetle prawdziwego słońca. Nie byłem gotów na taką ofiarę. Począłem więc gotować się do walki, a moi towarzysze wraz ze mną.

Nie uszło to uwagi Hevara, który zaatakował pierwszy. Nienawiść czworga jednak musiała wziąć górę nad żądzą zemsty jednego, bo celem pierwszego ataku okazał się ksenomanta, a atak był tak potężny, że prawie go zabił. Moi towarzysze szybko wykorzystali obrót sprawy i rzucili nieprzytomnego Kirofa na żer Hevara i pozostałych dusz. Nie tracili czasu, ale Hevar wciąż chciał ofiary ode mnie. Był gotów odwołać dusze z Kaeru i zamknąć portal, jeśli oddam mu dwoje moich oczu. Wyciągnął ku mnie obie dłonie i czekał na ofiarę. Ja znów byłem już bliski przystania na tę propozycję, kiedy moi przyjaciele przypomnieli Hevarowi o jego siostrze. O tym, jak się nią przez ostatnie godziny opiekowałem, jak próbowałem jej ulżyć w bólu i cierpieniach, jak chciałem jej pomóc i jak zabolała mnie jej niezawiniona śmierć. Te słowa wywołały zamęt wśród dusz Hevara. Wreszcie cofnął on jedną dłoń, a ja podszedłem do niego, oddać się astralnej sprawiedliwości.

S01e05 ofiara

Moje lewe oko wyrwały wszystkie pięć dusz, po czym każda z nich je zmiażdżyła w dłoni. Bolało dziesięciokrotnie, a ja mało nie straciłem przytomności. Potworne dzieło Kirofa rozpłynęło się w przestrzeni, a dusze poczęły wracać z Kaeru ze spuszczonymi głowami. Przyjaciele zabrali mnie spowrotem do naszego świata. Po drodze zebrałem jeszcze laleczki Angiusa, którymi wcześniej bezskutecznie próbowałem przekonać Hevara, że mogę dostarczyć mu jego prawdziwego mordercę. Sturat, wdzięczny, że wbrew namowom Kirofa nie oddaliśmy go duszom na żer, obiecał, że wstawi się za nami u samego Jorana, który okazał się być jego pracodawcą.

Epilog. Posterunek. (Your Time is Up.)

Wróciliśmy do Kaeru. Opuściliśmy świątynię Rashomona (choć chyba już nie możemy go tak nazywać) i dotarliśmy do korytarza w Hali Rady, gdzie przy ognisku ujrzęliśmy nieoczekiwane zgromadzenie: trzech krasnoludzkich rycerzy w zbrojach płytowych, a z nimi Elona oraz sam Joran. “Jesteście”, powiedzieli. “Czekamy na was od dwóch tygodni…”

Comments

Maćku, obiecuj że będziesz już zawsze robił takie obrazki!!!

Twarze wykrzywione gniewem
 

Obiecuję!!! A teraz PeDeki poprosimy :)

Twarze wykrzywione gniewem
 

PS. Ten trzeci to zrobił Andrzej.

Twarze wykrzywione gniewem
Fryndlz mzywiol

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.